niedziela, 21 stycznia 2018

89. „Escape Room”, czyli uciekaj bo umrzesz z nudów.

Escape room'y (że tak pozwolę sobie odmieniać) stały się ostatnio bardzo popularną rozrywką. Nigdy w takim miejscu nie byłam. Bardziej kręci mnie raczej tzw. horror house, tylko jeszcze nie trafiłam na wariata, który wybrałby się ze mną w takie miejsce. Ale w dzisiejszym poście ani o horror house'ach ani o escape room'ach jako pomieszczeniach służących rozrywce. Dziś o filmie. Filmie pod tytułem „Escape Room”. I owszem - będą spoilery. Jak zawsze w moich postach dotyczących filmów.

Przyznam, że czekałam na tę produkcję od kiedy dowiedziałam się, że powstanie. Po pierwsze, pomysł wydawał mi się całkiem fajny - w końcu te escape room'y zrobiły się ostatnio dość popularne więc taki film może wpisać się w gusta miłośników tej rozrywki. Mam nawet znajomych, którzy regularnie chadzają do różnych aby rozwiązywać tam zagadki. A po drugie, lubię tego typu filmy - grupa ludzi zamkniętych w jakimś pomieszczeniu, pułapki, krew. Tak, wiem... Ale dałam się już poznać jako miłośniczka horrorów wszelkiej maści z gore na czele, więc to chyba nic dziwnego. Pomysł, plakat i hasło przewodnie („One hour. One exit. Will you survive?”) brzmiały naprawdę przekonująco i liczyłam na coś ciekawego. Chociaż trochę. Filmweb już mi przypominał o zbliżającej się premierze. Obejrzałam. Ale cieszę się, że nie musiałam wydać pieniędzy na bilet. Dlaczego?

Może najpierw o co w ogóle chodzi?
Tyler obchodzi trzydzieste urodziny. Wraz z przyjaciółmi i swoją dziewczyną spotykają się na kolacji w, wygląda na to, ekskluzywnej restauracji (w ogóle cała ekipa na przeciętnie zarabiających nie wygląda). Oglądając fragmenty z restauracji czujemy się jak zaproszeni na spotkanie ze znajomymi znajomego, czyli siedzimy i słuchamy tego, co tam gadają, kompletnie nie wiedząc o co chodzi. Ot, taka gadka, śmichy-chichy. Prezentem urodzinowym od dziewczyny okazują się być wejściówki dla całej grupy do escape room'u. Również ekskluzywnego - a jakże. Zaraz po kolacji cała ekipa, tak jak stoi, wsiada do tajemniczego samochodu i udaje się na miejsce - w tych odświętnych ciuchach. Faceci to pół biedy - przynajmniej nie mają szpilek na nogach.

Film trwa godzinę i około 21 minut, z czego po 40 minutach, bohaterowie wciąż rozwiązują zagadki w tajemniczych pokojach. Ponieważ nie byłam nigdy w escape room'ie, ciężko mi powiedzieć, czy wszystko wygląda na zwyczajną zabawę w wyjście z pomieszczenia, czy to jakiś naprawdę wypasiony escape room. Pomieszczeń było więcej i były one ze sobą powiązane. W każdym razie bawią się przednio i nic nie budzi ich niepokoju. Mojego też. Przez cały ten czas mam wrażenie, że oglądam monitoring jednego z najzwyklejszych escape room’w, jakie można znaleźć. Tak mi się wydaje - w końcu żadnego escape room'u na oczy nie widziałam. I właśnie po tych czterdziestu minutach, w jednym z pomieszczeń, włącza się telewizor, w którym bohaterowie widzą uwięzioną towarzyszkę (dziewczynę jubilata), która zorganizowała całą zabawę. Ok, a więc nie chodzi o to by wydostać się z pokoju, ale żeby uwolnić dziewczynę. Super, dobrze wiedzieć. To znaczy - oni tak myślą, a widz w końcu dostaje iskierkę nadziei, że w końcu coś się ruszy, skoro ogląda horror/thirller. Dalej rozwiązują więc zagadki. Dopiero po 50 minutach okazuje się, że to chyba nie jest zwykły escape room, bo mamy trupa. Nawet dwa.
Uff. A już myślałam, że pomyliłam filmy i oglądam czyjąś relację z rozwiązywania zagadek. Zaczynają się konkrety. Do końca filmu pozostało niewiele czasu więc akcja dzieje się szybko. I nie byłoby nawet tak źle, gdyby nie zakończenie. A właściwie jego brak.

Szkoda, naprawdę szkoda. Nie wiem czy ktoś na szybko postanowił nakręcić przygodę w escape room’ie, bo to teraz takie modne i chciał „zaklepać” temat, czy naprawdę bezmyślnie spieprzył to, co miało potencjał. Nie czepiam się nawet aktorstwa, bo w tego typu filmach ciężko znaleźć kunszt a’la Meryl Streep. Zagadki były nawet ciekawe. Jednak jak na ten gatunek, bardzo wolno się rozkręcał, a jak już się rozkręcił to zaraz się skończył i tak nic z tego nie wynikło.
To nie chodzi o to, że muszę mieć zakończenie łopatologicznie wyjaśnione jak co drugi amerykański popcornożerca, ale w tym filmie naprawdę nie wynika nic i nie jest on też jakoś specjalnie ambitny. Owszem, są takie filmy, które po prostu mają zakończenie, które sprawia, że widz musi się czegoś domyślać lub przyglądać mu się z uwagą, np. „Demon” Marcina Wrony czy „Piknik pod Wiszącą Skałą” Petera Weira, ale przede wszystkim to są dobre, świetnie zrobione produkcje. Natomiast „Escape Room” jest po prostu słaby. Skoro żaden z uczestników nie maczał paluchów w organizacji masakry i najprościej można byłoby powiedzieć, że po prostu napatoczyli się jakiemuś psycholowi, to nie byłoby w tym nic dziwnego, bo takie motywy często się pojawiają. Jednakże kiedy na końcu mamy już nadzieję, że coś się wyjaśni i bohaterka, która przeżyła, rozmawia z oprawcą, on ciągle zadaje jej pytania, które mają rzekomo naprowadzić ją na odpowiedź. Jednak i to się urywa. Ani bohaterka nic nie wie, ani widz nic nie wie, Poza tym, że w trakcie filmu, poza nic nie wnoszącymi dialogami, dowiedzieliśmy się, że jubilat zdradził kiedyś dziewczynę razem ze swoją koleżanką (również uczestniczką zabawy). Ale ostatecznie żadne z nich nie miało z tym nic wspólnego. No poza jego dziewczyną, która miała to nieszczęście, trafić akurat na ten escape room. Może będzie sequel i to wyjaśni. A jak sequela nie będzie to nic się nie stanie.

Tytuł rzeczywiście nawiązuje do słynnej rozrywki jaką jest rozwiązywanie zagadek i opuszczenie pokoju na czas, ale też jest motywacją do jak najszybszej ucieczki z pokoju w którym oglądamy film, byle tylko nie mieć poczucia zmarnowanego czasu.
Polecam jako niezobowiązującą i niewymagającą rozrywkę na nudne wieczory w domowym zaciszu, ale na bilet nie wydawałabym pieniędzy.
piątek, 19 stycznia 2018

88. Czy w Polsce żyje się łatwo?


Do napisania tego posta zainspirowała mnie rozmowa dwóch kobiet - matek - na temat programu 500+. A potem poszło już z górki. I choć nie o tym programie będzie dzisiejszy post, to jednak od tego chciałabym go rozpocząć. I będzie to długi wstęp (choć nadal wstęp).

Na początek napomknę, że nie znam się na polityce, stronię od niej i kompletnie mnie ona nie interesuje. Nie jestem jednak dzikusem w buszu, żyję w tym kraju, co nieco słyszę i być może mogę mieć o czymś błędne pojęcie, to jednak jakieś tam mam.
Co więc takiego mówiły wspomniane wyżej matki? To co każdy z nas już pewnie słyszał. Jedna z nich jest absolutnie za programem 500+. Bo jest to naprawdę cudowne i potrzebne, kiedy państwo daje rodzinom lub samotnym matkom na dzieci. Druga mama uważa, że jest to kompletnie niepotrzebne. Jest to marnowanie pieniędzy i dokładanie się do rozmnażania patologii, która narobi sobie dzieciaków i może żyć jak pączek w maśle.
Sprawa 500+ mnie nie dotyczy, bo nie jestem rodzicem. Jeśli jednak chodzi o moje zdanie w tym temacie to stoję pomiędzy jedną a drugą matką dyskutującą.
Przede wszystkim zacznijmy od tego, że państwo nam nic nie daje. To my utrzymujemy państwo ze swoich podatków. Tak że nie zgadzam się tutaj z matką numer jeden i przeraża mnie ten totalny brak zainteresowania skąd biorą się na to fundusze. Zgadzam się jednak z tym, że to jest potrzebne. Ale, ale! Zanim zwolennicy matki numer dwa rzucą mi wiadro pomyj na głowę (a zapewniam, że oberwie mi się jeszcze za coś poniżej) to dodam, że z matką numer dwa też po części się zgadzam. Owszem, państwo powinno pomagać. Tym biednym i potrzebującym także. Ale do cholery, dlaczego kiedy pomocy potrzebuje ktoś, kto przekracza pewną sumę pieniędzy, to jej nie otrzyma? Pracował przecież uczciwie. Podatki płacił. Ale np. przekroczył głupie 200 zł.
Do tego dojdę za chwilę, bo chcę dodać jeszcze coś odnośnie wychwalania 500+.
Mówi się, że program 500+ służył do „wykupienia” sobie głosów od konkretnej grupy społecznej.
I piszę „mówi się”, bo nie chcę wchodzić w zbędne dyskusje o polityce czy o PiS. Szanuję cudze poglądy, także te polityczne. Mogę się jedynie nie zgadzać i dodać zgodnie z wolnością słowa, która teoretycznie mi w tym kraju przysługuje (licząc po cichu, że nie zostanę ukamienowana), iż nie cierpię tej partii i nie zgadzam się z nią chyba w każdej kwestii, którą porusza. Piszę „chyba w każdej”, bo stronię od tego ich pierdolenia więc w sumie poza 500+, różnicy zdań co do Kościoła, in vitro i decydowania o moim ciele, nie wiem co oni gadają. Z tym jednak na pewno się nie zgadzam.
I jest to moje zdanie, choć pewnie odmienne od wielu innych Polaków. Ale wciąż odmienne zdanie, a nie rzucanie inwektywami. A nigdy nie zapomnę jak jeden z wykładowców na studiach dziennikarskich powiedział nam: „Jeśli nazwiecie kogoś idiotą – może powiedzieć, że go obraziliście. Jeśli powiecie, że zachowuje się idiotycznie – po prostu oceniacie jego zachowanie, a to inna sprawa”.
Być może nazwiecie mnie ignorantką, antypatriotką czy jeszcze zdrajczynią narodu (to ostatnio bardzo popularne określenie osób apolitycznych), ale tak mam. Możecie to przyjąć do wiadomości i podążać ze mną dalej? Dziękuję. To lecimy...

Tak że to my, chcąc lub nie chcąc, finansujemy SPA ojca Rydzyka, miesięcznice smoleńskie, imprezy Misiewicza czy właśnie wspomniane 500+. Zapewne również to my jesteśmy tym „anonimowym sponsorem” wyskakującym z milionów na dofinansowanie filmu „Smoleńsk” czy serialu wysokich lotów „Korona królów”.
To przykre, że Telewizja Polska odwraca się dupą od tak wielkich inicjatyw jak WOŚP, bojkotuje i obraża, bo rząd ma na pieńku z jej głównym organizatorem i pomysłodawcą. I dziwne, że ktoś nie potrafi zrozumieć, że organizacja tak wielkich przedsięwzięć, drukowanie plakatów czy serduszek również wymaga pewnego nakładu finansowego, a osoby pracujące przy WOŚP, wykonują jednak pewną… pracę. Nie zmienia to jednak faktu, że od 26 lat szpitale zasila drogi i niezbędny sprzęt do ratowania (nie tylko) dzieci.
Mówiąc dwuznacznie, ale nie wulgarnie - ja daję państwu, a państwo mnie robi. I teraz z kolei nie nawiązuję już do żadnej partii, ale do naszego polskiego paradoksu. Który jest za PiS, był za PO (i jeszcze wcześniej) i pewnie będzie jeszcze za parę lat z kimkolwiek.


To nie jest tak, że chcę narzekać na Polskę. Boże broń. Kocham swój kraj. Ale na to jak jest rządzony, narzekam. A owszem. Na to jak rozporządzane są MOJE pieniądze, które na ten kraj przeznaczam, narzekam. A owszem. Na to, że jak przychodzi co do czego, to nie mam od państwa wsparcia.
Jesteś Polakiem (lub nie, ale mieszkasz tu, pracujesz i płacisz tu podatki). Uczciwie pracujesz. Trafiło się „na zastępstwo”. Rok.  Masz umowę o pracę i co miesiąc od Twojej wypłaty odejmowana jest spora kwota. Część tej odejmowanej kwoty to podatek dla państwa. Państwa w którym żyjesz i, jak widać, dla którego i na które pracujesz. Masz dobre serce. Chcesz, aby każdemu w tym kraju żyło się dobrze. Żeby każdy miał godne życie. I wcale nie przeszkadza Ci, że państwo pomaga ludziom ubogim. Wręcz przeciwnie. I sam też pomagasz. Ale... Kiedy Ty tej pomocy potrzebujesz to okazuje się, że nie możesz jej otrzymać, bo za mało zarabiasz. Lub, paradoksalnie, przekraczasz o małą sumę pieniędzy. Twoja pensja z poprzedniej pracy nie jest wystarczająca by otrzymać zasiłek w PUP, kiedy jesteś zmuszony się tam zarejestrować. Ponadto dodam (biorąc na tapet znane mi urzędy pracy), że tego typu placówki nie pomagają w żaden sposób w znalezieniu pracy. Jedynym plusem, który tutaj widzę po odmowie przyznania zasiłku, to ubezpieczenie zdrowotne, dzięki czemu możesz chociaż chodzić do lekarza na NFZ i nie płacić za pobyt w szpitalu. Pracy szukasz sam. Do urzędu wpadasz co trzy tygodnie tylko na dwie minutki (chyba że jest kolejka) po to by złożyć podpis. Podobno teraz nastała „era pracownika, nie pracodawcy” i znaleźć pracę jest łatwiej niż jeszcze niedawno, ale nadal nie jest chyba dobrze, skoro tylu młodych ludzi decyduje się jednak na wyjazd zagranicę, z dala od rodziny, często bez dobrej znajomości języka, tylko po to by godnie żyć. Ilość strajków, również pokazuje, że coś chyba w pewnych strukturach nie jest tak, jak powinno.
Mam znajomych, którzy twierdzą, że o pracę jest teraz łatwo, ale mam też takich którzy pracy szukają lub znaleźli ją po dłuższym czasie.
Mówi się, że być może młodzi ludzie są wybredni i w dupach im się poprzewracało. Na pewno jednak frustrujące jest to, że ktoś całe życie się uczy, potem idzie na studia, robi podyplomówki, pierdylion kursów, a dostaje pracę bardzo daleką od jakichkolwiek jego oczekiwań. Nie chodzi przecież o pracę dla samej pracy. Umów na zastępstwo, umów zleceń, umów o dzieło jest mnóstwo. Pracy poprzez różne agencje jest mnóstwo. Pracy, gdzie ktoś rzuca nam minimalną pensję jest mnóstwo. Tylko jeśli taki młody człowiek chce być naprawdę niezależny, mieszkać sam, często w większym mieście niż Pipidówek Środkowy, planuje założyć rodzinę itp. to nie ma co ukrywać, że zależy mu na umowie o pracę na czas nieokreślony, godnej pensji, dzięki której nie tylko zapłaci rachunki i kupi sobie szampon do włosów oraz chleb i kostkę masła (choć podrożało), ale też będzie miał szansę coś sobie odłożyć lub wyjechać na głupie wakacje (i wcale nie mówię o rejsie po Karaibach). Czy może taką pracę mieć? Jasne, że może. Ale nie jest to takie oczywiste i proste.
Nie czarujmy się – „po znajomości” osiągnąć można wiele. Ogłoszenie o pracę nawet nie poszło w eter. Choć często jest tak, że ogłoszenia i tak idą. Pro forma. Ale od początku wiadomo kto robotę dostanie. I jeśli jest taka możliwość to nie widzę w tym nic zdrożnego. Własnymi siłami też można. Ale jest trudniej.
Skoro ktoś nas poleca i ktoś nam ułatwia start to dlaczego nie skorzystać? Bo ludzie tak bardzo gardzą, że tyle osób załatwia coś „po znajomości”? Jeżeli nikogo tym nie krzywdzisz, nie widzę sensu, aby się tym przejmować. Ludzie lubią dużo gadać i wciskać nos w nie swoje sprawy, ale rachunków za Ciebie nie opłacą.
Pracowałam kiedyś w firmie, gdzie większość pracowników na najwyższych stanowiskach to byli członkowie rodziny prezesa. Kiedyś był wakat na fajne stanowisko. Córka prezesa przyprowadziła koleżankę. Rozmowa kwalifikacyjna wyglądała w ten sposób:
- „Tato, to jest właśnie (dajmy na to) Marysia”.
Dziewczyna dostała pracę. Ale widocznie jej potrzebowała. Jak tysiące innych młodych ludzi w kraju.
Twoje dzieci nie mogą zjeść darmowego obiadu w szkole, kiedy pracujesz do późna. Bo przekraczasz budżet o głupie 20 zł. Musisz ten obiad wykupić (tak, wiem, nie jest drogi, ale chodzi mi o sens). Kryminaliści w więzieniu mają lepsze posiłki niż te dzieci w szkołach albo matki po porodach (nie w każdym szpitalu oczywiście), co świetnie oddaje facebookowy fanpage „Posiłki w szpitalach” -> https://www.facebook.com/szpitalnyposilek/
Dla mnie wygląd jedzenia ma duże znaczenie – żołądek mi się po prostu zamyka na cztery spusty, kiedy coś wygląda jakby było już wcześniej strawione albo ma dziwny kolor i jeszcze dziwniejszy zapach. Pamiętam jak panie roznoszące obiady w szpitalu, w którym leżałam 4 lata temu, miały do mnie pretensje, że nie jadłam. Ano nie jadłam, bo wyglądało to obrzydliwie. I jeść nie będę. Kropka.

Tak że z jednej strony brakuje nam minimum do jakiegoś zasiłku, a z drugiej strony możemy o minimum przekroczyć jakiś próg.
Jeszcze jak człowiek jest sam to pół biedy. Gorzej jak ma dziecko albo i większą rodzinę na utrzymaniu. Albo kredyt.
W związku z tym, jeśli miałabym dzieci i przysługiwałoby mi 500+ to rzecz jasna korzystałabym z tego (o ile bym się załapała). I to że nie popieram PiS nie ma nic do rzeczy. Pieniądze te są odkładane w końcu także z moich podatków. I nieważne jaka partia wpadła na ten pomysł. I nieważne czy ten program popieram czy nie. Skoro oddaję państwu swoje pieniądze, to coś od tego państwa mi się należy. Jak psu buda.

Brzmi jakbym marudziła? Ok, to potraktujmy to jako kontynuację Blue Monday. Taki Blue Week. A co!

poniedziałek, 8 stycznia 2018

87. Dlaczego jeżdżę Uberem?

Jakiś czas temu głośno było o sprawie Uber vs Taxi. Zdaję sobie sprawę, że ten wpis może wywołać u niektórych spięcie mięśni w pewnej części ciała, dlatego śpieszę z wyjaśnieniem. Każdy z nas ma coś, co preferuje bardziej. Ktoś woli psy niż koty, ktoś morze od gór, ktoś japońskie samochody od niemieckich, a ktoś Ubera od Taxi. Tak że jeśli jesteś kierowcą taksówki albo masz taksówkarza w rodzinie albo całym sercem wspierasz korporacje taksówkarskie z wiadomych dla Ciebie powodów – uszanuj to, że ktoś ma inne preferencje.
Ja akurat należę do tej grupy ludzi, którzy wolą Ubera od taksówki i w tym poście przedstawię tego powody.
sobota, 6 stycznia 2018

86. Piła: Dziwactwo. Pardon... Dziedzictwo.



Tak, będą spoilery.
Nie, powyższe zdjęcie nie przedstawia twórców filmu po przeczytaniu popremierowych recenzji (a szkoda).
Kto przez te kilka lat zdążył poznać mnie jako blogera, ten wie, że jestem wielką fanką serii filmów „Piła”. O tym, co w nich widzę, pisałam TUTAJ. Są one jednymi z moich ulubionych, jak i ważnych filmów. Patrzę na nie nieco inaczej niż większość ludzi (Uwaga! Znam więcej takich jak ja!) i widzę w nich coś więcej niż otoczkę z krwi i flaków potrzebnych fabule.
W 2017 roku miała miejsce premiera kolejnego sequela. „Piła: Dziedzictwo” (bo taki jest polski tytuł) trafiła na ekrany kin akurat w momencie, kiedy spędzałam kilka dni w Krakowie. W związku z tym wybrałam się na seans do jednego z krakowskich kin. Przyznam, że obawiałam się tego filmu i nie mam na myśli strachu na horror (bo mnie to nie rusza), ale obawę o to jak został zrealizowany. Dlaczego się obawiałam i czy moje obawy były słuszne? O tym niżej.

Z jednej strony ucieszyłam się, że powstanie ósma część, a z drugiej lekko zaniepokoiłam. Nie wiedziałam do końca co twórcy wymyślą po tylu latach od premiery części siódmej (2010 rok). I niepokój ten utwierdzały różne plotki, które wyświetlały mi się na Filmwebie. Wiem, że większość mogła pomyśleć, że kolejny sequel jest zwykłym skokiem na kasę i kiedy czytałam te pogłoski, to też zaczęłam mieć takie myśli. A zakończenie siódmej części było otwarte i naprawdę można było dobrze pociągnąć temat. Wielu fanów „Piły” było ciekawych co dalej z Hoffmanem, kim było dwóch pomocników dra Gordona w świńskich maskach i wiele innych. Teorii było mnóstwo.
A pogłoski co do filmu były różne – od tych, że film będzie spin-offem i opowie całą historię Jigsawa (akceptowalne), po takie jak to, że ma być to remake pierwszej części (O zgrozo! Co sądzę o remake’ach: TUTAJ). Następnie mroziła informacja, że twórcami zostali ci, którzy wyprodukowali taki chłam jak czarna komedia „Pirania 3DD”, gdzie królowały płytkie żarty, silikonowe cycki i dupy. Sam trailer nie wywołał żadnego zaciekawienia.
Choć siódma część serii (ta z 2010 roku) stanowiła spójną całość z całą resztą, jej wykonanie pozostawiało wiele do życzenia. Na ekranie mogliśmy zobaczyć różową krew i „zwłoki” ani trochę ich nie przypominające, bo perfidnie widać było, że to manekiny, które jeszcze odbijały się od podłogi jak piłka kauczukowa. Choć film zarobił spore pieniądze, był jednak zmiażdżony przez krytykę i sama przyznam, że efekt końcowy był najgorszy ze wszystkich filmów z tej serii. Jednak trzeba przyznać, że, tak jak wspomniałam wyżej, zakończenie było otwarte. Jeszcze zaraz po premierze, w 2010 roku, widzowie podejrzewali, że powstanie kolejna część (pierwotny zamysł „Piły” był na 10 części). Byliśmy ciekawi co z Gordonem, Hoffmanem, dwoma świnkami-pomocnikami i tak dalej. Na forum „Piły” pojawiało się wiele spekulacji i teorii. Liczyłam na to, że ósma część będzie kontynuacja i wyjaśnieniem nurtujących kwestii. Niestety nie była.

Odebrałam ten film trochę tak jak „Omena IV”, czyli zrobienie osobnego filmu na legendzie, korzystając ze wzoru zaproponowanego w serii.
W najnowszej „Pile” mamy Jigsawa. Ok. I co dalej? Co poza tym? Bo poza wspomnieniem Jill Tuck (żony Jigsawa), zupełnie pominięte zostały kwestie związane z najważniejszymi bohaterami serii. Nie dowiedzieliśmy się kompletnie nic o Hoffmanie, który przez całą serię kontynuował „dzieło” Johna. Nie wiemy nic co dalej z dr Gordonem, który przecież pomagał Johnowi w ukryciu (genialne zaskoczenie na koniec części siódmej!). Nie wiemy kim byli tajemniczy pomocnicy Gordona. Nie pokazano żadnych urywków z poprzednich filmów, co miało miejsce w serii, poza retrospekcjami. Mało tego! Z najnowszego filmu wychodzi, że cała wyjaśniona krok po kroku historia, która swoje karty odkrywała aż przez siedem części, jest o kant dupy roztrzaskana, bo według „ósemki” to nie Cecil był pierwszą ofiarą. Co kompletnie nie trzymałoby się kupy, bo seria doskonale wyjaśniała dlaczego to właśnie Cecil był pierwszy, jak do tego doszło, jak „prymitywna” była jeszcze jego pułapka, w odróżnieniu od późniejszych, zaawansowanych, mechanizmów.
I nie trzyma się też kupy to, że od początku istniał zupełnie inny pomocnik, o którym nie wiedział nikt inny (ani Hoffman, ani Gordon, ani Amanda) i nikt nie wpadł na to, że takowy może istnieć. A co najgłupsze, pomocnik ten wziął się, bo Jigsawowi zrobiło się go… żal.
Tak jakby to wszystko było zupełnie innym filmem.

Gdybym miała podsumować, to film sam z siebie nie był jakiś zły. Taki tam horrorek, o fabule podobnej do większości slasherów. Ale to nie była „moja” „Piła”. To było coś, co zostało „Piłą” zainspirowane. I tyle. Być może zamysł na fabułę był inny, ale niewystarczający, skoro nie skusił pozostałych aktorów z serii do udziału w nim. Został tylko Tobin Bell. I choć dziwię się, że się zgodził (pieniądze?), to jednak tylko on ratuje film. Gdyby mieli zastąpić go jakimkolwiek innym aktorem… To po wyjściu z kina musiałabym zagrzebać się w tonie mułu, który pewnie z tego filmu by wylazł.
Plusem na pewno było usłyszeć przez kinowe nagłośnienie Charliego Clousera i jego „Hello Zepp” (wybaczam ten niezbyt udany remix), który po tylu latach oczekiwania na kontynuację ukochanej serii, sprawił, że miałam ciary na całym ciele.
Ale poza tym… moje pośladki nie drgnęły.

Zdjęcia: Grafika Google
poniedziałek, 29 lutego 2016

85. ...and the oscar goes to...

Za wszystkie 5 nominacji i filmy, za które nawet tego mu oszczędzono. I za to, że czasem za niektóre role statuetki dostają np.Gwyneth Paltrow czy Jennifer Lawrence (z całą sympatią do tej drugiej). Można go lubić lub nie, ale nie sposób mu odmówić znakomitego aktorstwa. Tak w ogóle.



Źródło: Grafika Google

W listopadzie, na pierwszych zajęciach na podyplomówce, każdy z grupy przedstawiał się publicznie, opowiadał coś o sobie, argumentował dlaczego wybrał taki właśnie kierunek itp. Oprócz tego wymieniłam moje zainteresowania, a jednym z nich jest film. Jakiś miesiąc temu, siedziałam w bibliotece z kilkoma osobami, gdzie w rozmowie wspomniałam o Oscarach i moim trzymaniu kciuków za DiCaprio. Nie sądziłam, że tak bardzo wryje się to w pamięć. Otóż po rozdaniu nagród Akademii miałam zjazd. Wchodzę do sali i takie oto zdania usłyszałam: 
1. Jak tylko się dowiedziałam, że DiCaprio dostał Oscara, od razu pomyślałam o Tobie!
2. Tak się przejęliśmy tymi Oscarami, że mój mąż wstał w środku nocy żeby je oglądać.
3. Mój mąż obudził mnie nad ranem żeby powiedzieć, że DiCaprio wygrał.
4. Przez Ciebie sama się wczułam w te Oscary! 
5. I jak? Oglądałaś galę?
wtorek, 5 stycznia 2016

84. Cuda przyrody - w styczniu spadł śnieg!

Mamy styczeń i wciąż nie mogę się nadziwić jak to jest, że w tym właśnie miesiącu zima potrafi zaskoczyć Polaków. Rozumiem jakby śnieg spadł w sierpniu. Ale to takie dziwne w styczniu? Już właściwie od listopada mam tak, że śniegu spodziewam się mniej więcej tak jak wtedy, kiedy czekam na kuriera z paczką. Wiem, że może być, ale nie wiem dokładnie kiedy. W każdym razie należy się z tym liczyć i jakoś na to przygotować.
1 stycznia odsypiałam do południa. A raczej chciałam odsypiać bo słyszałam tylko: Wstajesz? Wstajesz już?
Kiedy więc usłyszałam odsłanianą roletę i okrzyk: Śnieg spadł!, myślałam, że to próba (bezskutecznego) poderwania mnie z łóżka.
- Taaa, jasne... Wiem, że chcesz żebym wstała...
- Ale naprawdę spadł śnieg.
- Nie wierzę Ci.
- Podnieś się i zobacz.
- Widzę drzewa. Nie ma śniegu.
W końcu jednak podniosłam się leniwie i aż jęknęłam. Moje okolice przykrył biały puch i na razie nie zapowiada się by szybko stopniał. Jęk spowodowany był oczywiście tym, że śniegu nie lubię, a nie tym, że mi tak dobrze na jego myśl.

Kupiłam ostatnio mojemu kociemu lordowi rozkładaną mini sofę dla zwierząt w Biedronce. Przyznam, że na początku miałam obawy czy w ogóle będzie w niej spał, gdyż miał w swoim życiu dwa legowiska i nigdy w nich nie spał, zawsze ładował się do kartonów. Jeden z nich, ulubiony, nawet miał wyłożony kocykiem. Teraz wszystkie kartony poszły w odstawkę. Śpi tylko i wyłącznie na swojej sofie, skończyło się też wchodzenie mi na głowę z samego rana.

Jem właśnie pyszną zapiekankę serowo-makaronową z sosem pomidorowym zrobioną przez chłopaka mojej siostry.  Przyznaję, że prawdziwy z niego mistrzunio w kuchni.

Artur Rojek - „Czas, który pozostał”[klik!]