poniedziałek, 19 października 2015

73. „Demon” przeszłości. O co chodzi w filmie Marcina Wrony?

UWAGA! 
Ponieważ czytanie ze zrozumieniem i kultura użytkowników internetu kuleje, a Wujek Google przekierowuje tutaj bardzo dużo osób pytających o co chodzi w filmie „Demon”, śpieszę z wyjaśnieniem.
Z tego posta nie dowiecie się CO się stało z Haną i jej rodziną oraz DLACZEGO jej duch wszedł w Piotra. Nie siedziałam w głowie reżysera i mogę się tylko domyślać (jak większość) biorąc pod uwagę inspiracje Marcina Wrony, którą był spektakl
„Przylgnięcie”.  Nie zdradzam także zakończenia filmu. Jednak... na pewno wyjaśniam tutaj jaki był CEL reżysera i CO MIAŁ NA MYŚLI nawiązując do Żydów i kultury żydowskiej. Czyli o co chodzi głębiej, jaki jest sens. 
Pisząc najprościej: clou sprawy. 
 „Demon” nie jest dla tych, którzy oczekują czegoś na miarę amerykańskiego horrorku (czyli wyjaśnienia podanego na tacy i kilo w majtkach ze strachu).  
Informuję też, że NIE JEST to blog filmowy, a mój osobisty (film jest tylko moją pasją o której czasem wspominam). Znajduje się tu wiele ironii, uszczypliwości oraz osobistych dygresji. Więcej w zakładce O blogu i O mnie. Jeśli masz jakieś zastrzeżenia - nie czytaj. 

W poprzednim poście (który dodałam 19 sierpnia) napisałam, że jednym z polskich filmów, których najbardziej nie mogę się doczekać jest „Demon” pana Marcina Wrony. W związku z tym już dzień po premierze wybrałam się do kina by go obejrzeć i mogę stwierdzić, że absolutnie warto było czekać, gdyż uważam, iż jest to naprawdę bardzo dobra produkcja. Jedna z takich, o których przez dłuższy czas myślę po wyjściu z sali kinowej.
Długo zastanawiałam się czy dodawać ten post. Tak naprawdę w ogóle nie planowałam tutaj czegokolwiek pisać w najbliższym czasie. W sumie samego filmu również nie chciałam „dotykać”. Skłoniły mnie do tego komentarze użytkowników filmwebu.
Wyjątkowo wstrzymam się dziś od jakichkolwiek ironii, uszczypliwości i wbijania tak zwanych szpil w nieuważnych widzów, co właściwie robię za każdym razem w przypadku postów dotyczących filmów. Robię to z szacunku dla pracy pana Marcina, której jestem pod wrażeniem, samego pana Marcina oraz tematyki, której dotyczy film.
Do końca nie wiedziałam jak mam „ugryźć” ten post. Z jednej strony chciałam pomóc w zrozumieniu fabuły, ale z drugiej strony nie chciałam zdradzać za wiele. Zawsze niezwykle bawiło mnie wzburzenie czytelników, kiedy poruszałam kontrowersyjne tematy, a fabuła „Demona” sama w sobie ma nutkę kontrowersji. Nie wiem i nigdy się już nie dowiem czy pan Wrona celowo nie przekazał pewnych rzeczy wprost, jak zrobił Pasikowski w fenomenalnym „Pokłosiu”. Jeśli ktoś jest domyślny lub wie jak bywało w czasach II wojny światowej, lub widział spektakl „Przylgnięcie” (na podstawie którego powstał scenariusz do „Demona”), ten nie musi mieć dokładnego zakończenia podanego na tacy. Natomiast są widzowie, którzy nie mają pojęcia co reżyser miał na myśli. I to właśnie chcę dziś poruszyć. I tak jak wspomniałam wyżej – zrobić to w miarę bez kontrowersji i powodowania u niektórych zatrzymania akcji serca. Bo temat sam w sobie jest niestety kontrowersyjny.

Już ponad rok temu trafiałam w Internecie na wzmiankę o produkcji filmu „Demon”. Opis filmu mnie zaintrygował, dodałam tytuł do listy filmów, którymi jestem zainteresowana by móc śledzić informacje na jego temat. W jednym ze swoich ostatnich wywiadów, na konferencji podczas Festiwalu Filmowego w Gdyni, pan Marcin Wrona powiedział, iż scenariusz powstał na podstawie spektaklu Piotra Rowickiego „Przylgnięcie”. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie dokopała się do tego scenariusza i nie przeczytała go. W związku z tym idąc do kina wiedziałam dokładnie „co, z czym i dlaczego”. Ale! Nawet gdybym tego scenariusza nie przeczytała to i tak wiedziałabym to, czego niestety nie wie większość oglądających. I nie robię z siebie, broń Boże, alfy i omegi. Po prostu pewne tematy znajdowały się kiedyś w obszarze moich zainteresowań.
Myślę, że ten post nie jest żadnym spoilerem, gdyż nie zdradzam zakończenia. Piszę o okolicznościach. O czymś, co jest potrzebne do tego, by zrozumieć film. Jeśli ktoś ma jakieś pojęcia o historii czy nawet tylko obejrzał film o podobnym motywie (np. „Pokłosie”) to i tak od razu domyśli się jaka jest przyczyna rozwinięcia wątku w filmie, a jak nie wie to będzie wiedział, że to nie kolejne horrorowate pierdy rodem Hollywood, ale film ukazujący brutalną rzeczywistość.
Wrona nawiązuje do wydarzeń, które miały miejsce między innymi w Jedwabnem.


„W prawie każdym miasteczku za PRL-u była w środku miasta taka działka, tak zwana czasem w rozmowach rodziców czy dziadków „ta działka”, nie wiadomo dlaczego pusta, zarośnięta, nie wiadomo do kogo należąca”
Zarówno „Pokłosie” jak i „Demon” są filmami, które ukazują bardzo bolesną i smutną prawdę o pewnych wydarzeniach. Niestety wydarzenia te miały miejsce i nie da się ich wyciąć z historii. Nawet jeśli ktoś tę historię chce zatajać, nie zmieni to faktu, iż wszystko to miało miejsce. Iż tak mnóstwo ludzi straciło życie.
Tak jak wspomniałam na początku posta, w „Pokłosiu” dokładnie było powiedziane CO się stało i DLACZEGO to się stało. SKĄD wzięły się domy, działki i GDZIE są ich poprzedni właściciele.
Wrona w „Demonie” nie przekazał tych informacji wprost. Stąd też właśnie połowa widzów myśli, iż wybiera się na jakiś horror o opętaniu przez żydowskiego ducha i siedzi po seansie z rozdziawionymi paszczami psiocząc na reżysera, że co on do cholery pokazuje! O co Ci facet chodziło?! Dlaczego nie powiedziałeś kim była ta dziewczyna? Dlaczego nie powiedziałeś jak zginęła? Dlaczego nie powiedziałeś co się stało z jej rodziną?
Panie Marcinie! I za to mnie tak ujął Pański film!
Wrona wplatał całe mnóstwo zdań czy poszczególnych słów, które albo dają do myślenia albo mówią wprost (na przykład widzom, którzy znają wydarzenia między innymi w Jedwabnem).
Całe wesele odbywa się w starym, opuszczonym domu na terenie ziemi, którą odziedziczyła po dziadku Panna Młoda.
Pan Młody znalazł ludzkie szczątki na terenie posiadłości gdzie odbywa się wesele. Od tamtego momentu zaczyna dziać się z nim coś dziwnego. Widuje bladą, smutną dziewczynę w starej sukni ślubnej. Pyta więc Lekarza (jednego z gości) czy ten dom budował dziadek Panny Młodej. Gość, już wstawiony, duka, że nie. Domu nie zbudował jej dziadek. Ale dziadek ten był wspaniałym człowiekiem. Czystym jak łza! Ale dodaje zaraz, że Pan Młody musi pamiętać, że żaden człowiek nie jest idealny. To tylko jeden z sygnałów. Jest ich mnóstwo w całym filmie.
Już na podstawie tych słów wywnioskowałam, iż w czasie wojny żydowską rodzinę Hany zabito, a posiadłość przejęli sąsiedzi, co niestety było częstym zjawiskiem w Polsce.
Mniemam też, że mieszkańcy wsi świetnie zdają sobie z tego sprawę, podobnie jak było w „Pokłosiu”. Świadczy o tym scena kiedy matka Panny Młodej nalewa alkohol jakiemuś facetowi i kobiecie, którzy wypytują ją zdenerwowani, dlaczego na weselu krążą pogłoski o żydowskiej dziewczynie. Pan Młody zaczyna zachowywać się dziwnie. Podejrzewają u niego ataki epilepsji, lecz po chwili zaczyna mówić językiem jidysz. I zaczyna się niezwykła fabuła. Fabuła, której Wrona nie domknął.
Z jednej strony żałuję, iż reżyser nie pokazał historii prawdziwych właścicieli posiadłości. Ja tę historię znam, gdyż przeczytałam zarysy scenariusza „Przylgnięcia”. Zresztą nie trzeba znać scenariusza żeby domyślić się co się stało i kto do tego się przyczynił. Jednak najbardziej boli mnie, że tak wielu ludzi kompletnie nie ma pojęcia o co w filmie chodziło. I założę się, że przez to będzie znacznie zaniżona jego ocena.
Film nie wyjaśnia CO stało się z Haną i jej rodziną - czy zostali wywiezieni do obozu w czasie wojny a Hana zabita, czy zostali zamordowani przez sąsiadów (podobną sytuację przedstawia m.in film „Pokłosie”). Jak powiedział Nauczyciel: „Pewnego dnia zniknęła i słuch po niej zaginął”. I tego też nie dowiecie się z tego bloga, bo nie siedziałam w głowie reżysera. Pewne jest to, że jej dom wraz z ziemią został po jej zniknięciu przywłaszczony przez dziadka Żanety, jak często działo się z mieniem po Żydach. To jest to O CO CHODZI w filmie. Jego sens. Wrona nie miał na celu stworzenia horroru i płytkiego filmidła.
Nie napiszę więc CO się stało z Haną, Piotrem, DLACZEGO właśnie on, DLACZEGO znalazł się na fotografii na końcu filmu, nie będę robić spoilerów i zdradzać zakończenia tym, którzy filmu nie widzieli. Kto chce poznać historię dziewczyny, która „opętała” Pana Młodego może wejść TUTAJ.

„Sztuka, zainspirowana historią lubelskich Żydów, dotyczy krzywd, których doznali Żydzi z rąk polskich sąsiadów. Podobnie jak w „Mykwie”, tak i w „Przylgnięciu” Piotr Rowicki rozlicza się z demonami polskiej historii, które zamieszkują takie miasteczka jak Jedwabne”.
I oto, proszę Państwa, mamy kontrowersję.  Dlaczego? Przecież Polacy, wspaniały naród, pomagał tym biednym Żydom w czasie wojny! Chroniliśmy ich! Wielokrotnie ginęliśmy za ukrywanie ich i karmienie! A teraz jesteśmy pokazywani w kolejnym antypolskim filmie jako mordercy i złodzieje.
Tak, wiem – miałam nie używać ironii. Czasem mi po prostu wylatuje z głowy, że połowa użytkowników internetu ma problemy z czytaniem ze zrozumieniem. Tak że przepraszam najmocniej za wprowadzenie w błąd. Już jestem całkiem poważna!
Jestem Polką. Kocham swój kraj, swoją kulturę, jestem dumna ze swojej narodowości.
Prawda jest taka, że wielu Polaków straciło życie przez pomoc Żydom. Wielu Polaków pomagało im podczas wojny. Ale też byli tacy ludzie, którzy w celu grabieży mienia, mordowali ich. Wydawali nazistom. I, uwaga, zwrot akcji! Żydzi też nie byli święci! Ale też Żydzi nie byli źli. Dlatego, że nie wrzucamy wszystkich do jednego wora, moi kochani! Proszę zauważyć, że nie napisałam „wydawali Niemcom” a „wydawali nazistom”. Dlatego, że nie każdy Niemiec tym nazistą był. Uważam, iż wrzucanie wszystkich do jednego wora i mówienie, że Niemcy byli źli, Niemcy nas mordowali, jest bardzo krzywdzące. To robili naziści. To, że wszystko zaczęło się w Niemczech to inna bajka. Ale nie każdy Niemiec był nazistą. Tak samo nie każdy Polak był cudownym aniołem ze świecącą aureolą. Lub oczywiście nie każdy Polak był złodziejskim, zdradzieckim antysemitą. To samo będzie dotyczyło tematu Ukrainy i Wołynia. Polacy mają żal o Wołyń, a Ukraińcy mają swoje żale do Polaków, między innymi o to jak byli w tamtych czasach traktowani. Czesi też mają do nas swoje żale. Tak jak my mamy żale do Niemców. To ciężki i trudny temat. Chodzi mi o to, że krzywdzące jest oceniać wszystkich zbiorowo. Mówić, że „wszyscy” są źli lub obwiniać innych nie patrząc na czarne karty naszej historii. Jest to bardzo niesprawiedliwe i niesłuszne.
Tego typu filmy nazywane są antypolskimi, ale nie mamy absolutnie żadnych zastrzeżeń dla filmów o Wołyniu, bo to przecież nas tam zarzynali we własnych łóżkach. Nie mamy nic przeciwko filmom o okrutnych Niemcach, których połowa z nas do tej pory nienawidzi. Czyli jak najbardziej ZA pokazaniem bestialstwa innych na nas, ale PRZECIW pokazywaniu naszego bestialstwa na innych. Bardzo denerwuje mnie w wielu ludziach (nie tylko Polakach oczywiście) robienie z siebie narodu wielce poszkodowanego przez życie i historię, wypominanie innym narodowościom swoich krzywd, ale niestety swoje niechlubne czyny z przeszłości najchętniej wymazaliby z pamięci i historii. Najlepiej udawać, że czegoś nie było, a jednocześnie wypominać i oskarżać inne narody, dopominać się o swoje.
Wojny nie przynoszą niczego dobrego, pełno w nich śmierci i cierpienia. Zostawiają za sobą cień, który tak naprawdę po mimo upływu lat cały czas chodzi za ludźmi. Wiele zdarzeń było całkowicie bezsensownych i niepotrzebnych. Nie wszyscy Polacy są dobrzy. I nie wszyscy Polacy są źli. To samo stwierdzenie można zastosować do każdego narodu. Mimo iż ktoś należy do jakiejś grupy, to wciąż jest jednostką i nie można oceniać tej jednostki jako całości. O pewnych wydarzeniach należy jednocześnie zapomnieć i pamiętać. Zapomnieć sobie i zapomnieć innym, ale pamiętać, że miało to miejsce. I najsmutniejsze jest to, że tak wielu z nas nie wynosi z przeszłości żadnych wniosków.
Tak jak powiedział jeden z bohaterów filmu „Pokłosie”: „Świat to jedno wielkie kurestwo. My tego nie naprawimy. Ale wiesz co? Nie dołożymy do tego ręki. I to jest już dużo”.

A poza tym film ujął mnie tym, że można zobaczyć w nim wiele elementów kultury żydowskiej (muzyka, obrządki weselne), która jest dla mnie bardzo interesująca. Zresztą dla mnie niemal każda kultura jest niezwykle ciekawa. Możemy posłuchać naprawdę pięknych, starych przyśpiewek, obejrzeć naprawdę dobrą grę aktorską, wciągnąć się w interesującą fabułę.
Wrona zastosował wiele niedopowiedzeń, pozostawił otwarte furtki, zmusza widza do myślenia, zastanawiania się. Do tego dialogi! Oprócz dwóch dramatów, które rozgrywają się w tle (pierwszy plan oraz plan ukryty – ten o którym napisałam post), możemy się też pośmiać, bo teksty są zabawne, celne i dosadne.
Większość dialogów w polskich filmach jest niestety żenująca i nietrafiona, na siłę zabawna. Czego skutkiem jest to, iż często bywam zniesmaczona. U Wrony możemy zauważyć przyjemną odmianę. Ponadto nie narzekałam absolutnie na udźwiękowienie, tak często spartolone w naszych rodzimych produkcjach. Tutaj było słychać wszystko bardzo wyraźnie.
Ubolewam z całego serca, że to jego ostatni film.

Czekam na „Wołyń” Smarzowskiego - mojego ulubionego polskiego reżysera. Tutaj nie będzie żadnych domysłów. Założę się o wszystko, że temat dostaniemy wyłożony tak dosadnie, tak brutalnie, tak realnie jak tylko może zrobić to Smarzowski.