środa, 24 stycznia 2018

82. Obejrzałam miniserial „Lśnienie”. King vs. Kubrick

Wzbraniałam się. Walczyłam z uprzedzeniami co do remake’ów klasyków i moich ulubionych filmów. W końcu jednak miniserial „Lśnienie” sam wpadł w moje ręce. To cóż zrobić? Oczu mi przecież nie wypali. Obejrzałam.

Dość długo myślałam nad tym postem, bo chciałam uniknąć jednak porównania filmu i serialu, czego jednak nie potrafiłam. Jest to nieuniknione mając do czynienia z „Lśnieniem” x3 (książka, film, serial).
Dla mnie każda książka zawsze była lepsza od adaptacji i ekranizacji, które na jej podstawie powstały. Jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, aby film spodobał mi się bardziej niż książka. Czasem jest tak, że jakiejś książki nie przeczytam, ale za to obejrzę film. Albo z kolei najpierw zobaczę film, a potem przeczytam książkę (co w moim przypadku miało miejsce np. przy „Igrzyskach Śmierci”). Czasami zdarza się, że to film jest pierwszy, a na jego podstawie powstaje książka. A czasami jest tak, że i film, i książka są bardzo słabe. I w tym przypadku jest to dla mnie „50 twarzy Greya”. Wracając jednak do „Lśnienia”...
Początkowo chciałam opisać swoje wrażenia po obejrzeniu serialu, ale nie dałam rady skupić się tylko na tym, ponieważ jako wielka fanka wersji Kubricka, wciąż miałam w głowie jakieś porównania. A na samym filmwebie, w dyskusji na stronie serialu, jest mnóstwo porównań - do książki, do filmu, do odegranych ról.
Gdybym miała porównać serial i film, ale serial traktując jako remake, to bez dwóch zdań (nawet czytając wcześniej książkę), wybieram wersję Kubricka. Z kolei, jeśli miałabym porównać obie produkcje, traktując je jednak obydwie jako twory na podstawie jednej książki, to... i tak wybrałabym wersję Kubricka, ale bez zrównywania serialowej wersji Kinga z ziemią.
Na pewno w tym poście chciałabym odłożyć na chwilę książkę na półkę i traktować ją bardziej jako „podkładkę” do tego, co widzimy na ekranie, a nie jako wzór, od którego odbiegnięcie skreśla od razu film.

Rodzina Torrance. Po lewej: adaptacja Kubricka z 1980 roku. Po prawej: miniserial z 1997 roku.
Przede wszystkim muszę przypomnieć, że nie jestem fanką remake’ów. Zwłaszcza jeśli remake dotyczy klasyków lub tych, których zaliczam do grona ulubionych (pisałam o tym TUTAJ). A tak się składa, że „Lśnienie” nie tylko jest klasykiem, ale też jednym z moich ulubionych horrorów. Stąd moje wzbranianie się co do obejrzenia jego serialowej wersji.
O samym serialu dowiedziałam się… z książki. Na wewnętrznej stronie okładki mojego egzemplarza „Lśnienia”, widniała informacja, że w 1980 roku powstała adaptacja w reżyserii Stanleya Kubricka, a w 1997 roku miniserial telewizyjny zrealizowany przez samego Stephena Kinga, który zarzucał wersji Kubricka pominięcie wielu istotnych faktów. Fakt, że sam mistrz książkowej grozy zdecydował się stworzyć „Lśnienie” na ekranie, nie skłoniło mnie ani trochę do jego obejrzenia. Bardzo lubię Kinga. Bardzo lubię książkę „Lśnienie”. Bardzo też lubię film. Zaliczany jest ogólnie do swego rodzaju klasyków, ale też klasykiem jest dla mnie samej. Klasykiem oraz jednym z ulubionych horrorów (jak już kiedyś wspominałam – horror musi mieć klimat).
Choć wersja „Lśnienia” z 1980 roku w reżyserii Stanleya Kubricka ma znacznie więcej zwolenników, to wersja serialowa takowych również posiada. Z moich obserwacji wynika, że zwolennicy serialu argumentują swoją opinię tym, że serialowi jest znacznie bliżej do książki – jest książce oddany niemal w 100% (jeśli chodzi o wydarzenia, wygląd bohaterów, relacje). O to chodziło Kingowi. Przeniósł swoją książkę niemal kropka w kropkę na ekrany telewizora. Część fanów książkowej twórczości mogło rzeczywiście poczuć się rozczarowanym tym, że film nie oddał powieści od A do Z.
Przede wszystkim ustalmy jedną bardzo ważną rzecz. A mianowicie różnicę między adaptacją a ekranizacją. Posłużę się Ciocią Wikipedią:
„W odróżnieniu od adaptacji, ekranizacja filmowa jest wiernym pod względem treści i formy przeniesieniem dzieła na ekran filmowy, a pojęcia te nie powinny być stosowane wymiennie”.
„Lśnienie” Kubricka jest więc adaptacją, zaś miniserial ekranizacją. Niestety, pojęcia te mylone są często nawet przez fanów kina czy dziennikarzy.

Ale czy to, że King nie aprobował wersji Kubricka, oznacza, że film jest gorszy i niewarty uwagi? Jak zwykle wszystko zależy od gustu. Film uwielbiam. A serial? Sama jestem zaskoczona, ale… spodobał mi się.
Nie uważam żeby był zły. Nawet mi się spodobał i nie zanudził. Ostrzegam jednak, że jest niemalże kalką książki (różni się kilkoma mało znaczącymi elementami) więc jeśli ktoś ma zamiar przeczytać najpierw książkę, niech na razie daruje sobie serial. W zamian może obejrzeć adaptację Kubricka, bo w takim przypadku książka raczej i tak go zaskoczy.
Jack (główny bohater) w serialu miał według mnie łagodną twarz i nawet w chwilach furii, nie wzbudzał we mnie żadnych emocji. Niemniej jednak uważam jego rolę za dobrze zagraną (po prostu dobrze).

Szaleństwo Jack'a. Po lewej: adaptacja Kubricka z 1980 roku. Po prawej: miniserial z 1997 roku.
Dlaczego film podobał mi się bardziej od serialu?
Książka była naprawdę świetnym podłożem do stworzenia dobrego filmu – nawet jeśli miał być nią tylko zainspirowany, a nie wiernie odzwierciedlony. To właściwie zrobił Kubrick. Zainspirował się.
Wielki hotel na odludziu lub odizolowany od świata na czas zimy jest doskonałym punktem wyjścia do stworzenia dobrego horroru lub thrillera. Sama uwielbiam filmy, w których akcja dzieje się w hotelach. Ma to naprawdę niezwykły klimat. Sama nawet byłam kiedyś w opuszczonym motelu na skraju lasu (pisałam o tym TUTAJ). I bardzo lubię takie miejsca.
W kubrickowskim „Lśnieniu” mamy do czynienia ze świetnym horrorowym klimatem i napięciem. Reżyser pokazał walkę samego ze sobą. W otoczeniu filmowego Jacka zawsze znajdowały się lustra, które pokazuję, że to była gdzieś jego walka samego ze sobą. Absolutnie zdobyła moje serce rola Jacka Nicholsona, jego mimika, kunszt. Na duży plus pojawienie się zjaw sióstr Grady, które, jak wspomniałam w swoim poście o remake’ach, są dla mnie jednymi z najstraszniejszych zjaw-duchów w filmach. Choć filmowa Wendy różni się znacząco od tej przedstawionej w książce i miniserialu, to jednak bardziej przypadła mi do gustu. Była taka… łagodna, niepozorna, wierna pani domu, przerażona tym, co się dzieje. Kompletnie zdezorientowana całą tą sytuacją. Mimo że w filmie nie ma wielu scen, które były w książce, uważam, iż nie powodują one w adaptacji żadnego braku – wręcz przeciwnie – nie wydłużają zbędnie akcji. Dodane zostały za to inne sceny, których nie ma w książce, ale idealnie nadają się do filmowego horroru. Sam hotel Panorama bardziej mi się podobał, sama nie wiedziałam co za chwilę pojawi się za zakrętem.
Hotel Panorama. Po lewej: adaptacja Kubricka z 1980 roku. Po prawej: miniserial z 1997 roku.
Z kolei w serialu cały hotel był nieco mniejszy i nie robił na mnie takiego wrażenia, jakie zrobił ten w filmie. Wiem, że właśnie TEN hotel był w głowie Kinga Panoramą, którą opisał na kartkach „Lśnienia”, jednak ten kubrickowski znacznie bardzie przypadł mi do gustu i wyobraźni. Bardziej budził grozę. Serialowa Wendy wydawała mi się twardą panią domu. I choć też była przestraszona, zaskoczona, to jednak radziła sobie tak jak niemal każda babeczka w horrorze. Po prostu adekwatnie do sytuacji, ale nie widziałam w tym jakichś ciekawych emocji. Owszem, miała blond włosy tak jak w książce, ale czy naprawdę ten kolor włosów miał jakieś znaczenie w całej akcji? Nie przypominam sobie.
Jeśli chodzi zaś o Jacka Torrance’a to tak jak wspomniałam wyżej, rola była zagrana dobrze. Steven Weber miał od początku dla mnie łagodny wyraz twarzy i nie potrafiłam go sobie wyobrazić w furii, którą musiał przecież zagrać. Wyglądał jak prawdziwie kochający, dobry tatuś, który w przeszłości zrobił kilka błędów, których bardzo żałował. I o to przecież chodziło więc nie mam zarzutów co do tej roli. Jednak jeśli chodzi o moje obawy co do scen furii, to miałam rację, gdyż nie były one dla mnie przekonujące ani pod koniec filmu ani w scenach retrospekcji wydarzeń, które doprowadziły do tego, że cała rodzina znalazła się w Panoramie. Na plus jednakże jest to, że retrospekcje zostały ukazane. To wiele wyjaśnia.
Bardzo podobało mi się, że pojawił się Tony, którego nie było w filmie. A raczej był, ale nie jako postać, którą widzi Danny, a sam Danny go odgrywał. Choć nie wyglądał on tak jak w moich wyobrażeniach i nie tak jak opisuje to książka, to jednak miło było, że się pojawił. Brakowało mi ogromnie sióstr Grady. Ich zjawy nie pojawiały się w książce, gdzie nie były one nawet bliźniaczkami (wspomniane było tylko, że to siostry – jedna starsza, druga młodsza), aczkolwiek uważam, że postaci te były dużym plusem filmu Kubricka. Są dla tej produkcji bardzo charakterystyczne. Sama mam przed oczami moment, kiedy jako dziecko widziałam gdzieś w telewizji zapowiedź „Lśnienia”, które miało lecieć na którymś kanale i scenę z Danny’m jadącym na rowerku, który za zakrętem widzi siostry Grady.
Scena z adaptacji Lśnienia w reżyserii Stanleya Kubricka. 1980 rok.
Podsumowując więc, serial nie był może bardzo dobry, jak np. Mr. Mercedes, czyli inne przeniesienie na telewizyjne ekrany książki Kinga. Jednak jego bardzo niskie opinie wywodzą się być może z tego, że wielu ludzi nie przeczytało książki i od razu porównuje tylko i wyłącznie film i serial. A tutaj wiadomo, że różnice są ogromne. I to już nie chodzi tylko o zakończenie lub relacje między bohaterami, ale też między innymi o budżet (który zapewne w serialu był niższy), o mniejszą drastyczność, o to, że serial jak to serial, był bardziej rozciągnięty i mógł momentami przynudzać. Jeśli zaś chodzi o moją ocenę jako po prostu ekranizację książki, to jest to serial dobrze odzwierciedlający powieść.

2 komentarze

  1. Cześć:)
    Co do miniserialu nie umiem się ustosunkować gdyż najzwyczajniej w świecie go nie widziałem na powiem więcej nie wiedziałem że takowy istnieje (poszerza Pani moje horyzonty Pani Autorko :)) Film oglądałem x lat temu jednakże jeżeli mam być szczery nie bardzo przypadł mi do gustu aczkolwiek artykułem tym zainspirowałaś mnie bym dał serialowi szansę i tak zrobię gdy będę miał wolną chwilę ;)

    Pozdrawiam Kmicic

    OdpowiedzUsuń
  2. Też nie jestem fanką remake’ów - to tak jak covery w muzyce, fajnie się je gra, ale komu potrzebne odgrzewane kotlety? No i remake'i są zwykle dużo gorsze od oryginałów...

    OdpowiedzUsuń
1. Nie mam tu żadnych zabezpieczeń antyspamerskich dla wygody i szybkości komentowania więc proszę o nie spamowanie oraz nie zamieszczanie komentarzy nie na temat lub związanych z innym postem.
Nie reklamuj się w żaden sposób ponieważ to przynosi skutek odwrotny od zamierzonego.
Takie komentarze będą usuwane.
2. Każdy ma prawo do swojego zdania i wyrażania opinii, ale proszę to robić w kulturalny sposób.
3. Nie uznaję zasady „obserwowanie za obserwowanie” - obserwuję tylko te blogi, które mnie zaciekawią i do których chcę regularnie wracać. Nawet jeśli ktoś ma bloga na innym portalu niż blogger, a lubię go czytać to dodaję go do swojego czytnika.
4. Miej swoją tożsamość - nawet jeśli nie posiadasz bloga lubi innej strony a chcesz skomentować, podpisz się (imię, pseudonim, mail).
5. Na tym blogu nie jesteś anonimowy! Posiadam lokalizator IP z namiarem na dostawcę internetu z którym będę się kontaktowała w razie jakichkolwiek nadużyć.
6. Moderacja - tylko po to żebym nie przeoczyła żadnego komentarza, także pod starszymi postami.
Dziękuję za uwagę.