piątek, 19 stycznia 2018

80. Czy w Polsce żyje się łatwo?

Do napisania tego posta zainspirowała mnie rozmowa dwóch kobiet - matek - na temat programu 500+. A potem poszło już z górki. I choć nie o tym programie będzie dzisiejszy post, to jednak od tego chciałabym go rozpocząć. I będzie to długi wstęp (choć nadal wstęp).
Na początek napomknę, że nie znam się na polityce, stronię od niej i kompletnie mnie ona nie interesuje. Nie jestem jednak dzikusem w buszu, żyję w tym kraju, co nieco słyszę i być może mogę mieć o czymś błędne pojęcie, to jednak jakieś tam mam.
Co więc takiego mówiły wspomniane wyżej matki? To co każdy z nas już pewnie słyszał. Jedna z nich jest absolutnie za programem 500+. Bo jest to naprawdę cudowne i potrzebne, kiedy państwo daje rodzinom lub samotnym matkom na dzieci. Druga mama uważa, że jest to kompletnie niepotrzebne. Jest to marnowanie pieniędzy i dokładanie się do rozmnażania patologii, która narobi sobie dzieciaków i może żyć jak pączek w maśle.
Sprawa 500+ mnie nie dotyczy, bo nie jestem rodzicem. Jeśli jednak chodzi o moje zdanie w tym temacie to stoję pomiędzy jedną a drugą matką dyskutującą.
Przede wszystkim zacznijmy od tego, że państwo nam nic nie daje. To my utrzymujemy państwo ze swoich podatków. Tak że nie zgadzam się tutaj z matką numer jeden i przeraża mnie ten totalny brak zainteresowania skąd biorą się na to fundusze. Zgadzam się jednak z tym, że to jest potrzebne. Ale, ale! Zanim zwolennicy matki numer dwa rzucą mi wiadro pomyj na głowę (a zapewniam, że oberwie mi się jeszcze za coś poniżej) to dodam, że z matką numer dwa też po części się zgadzam. Owszem, państwo powinno pomagać. Tym biednym i potrzebującym także. Ale do cholery, dlaczego kiedy pomocy potrzebuje ktoś, kto przekracza pewną sumę pieniędzy, to jej nie otrzyma? Pracował przecież uczciwie. Podatki płacił. Ale np. przekroczył głupie 200 zł.
Do tego dojdę za chwilę, bo chcę dodać jeszcze coś odnośnie wychwalania 500+.
Mówi się, że program 500+ służył do „wykupienia” sobie głosów od konkretnej grupy społecznej.
I piszę „mówi się”, bo nie chcę wchodzić w zbędne dyskusje o polityce czy o PiS. Szanuję cudze poglądy, także te polityczne. Mogę się jedynie nie zgadzać i dodać zgodnie z wolnością słowa, która teoretycznie mi w tym kraju przysługuje (licząc po cichu, że nie zostanę ukamienowana), iż nie cierpię tej partii i nie zgadzam się z nią chyba w każdej kwestii, którą porusza. Piszę „chyba w każdej”, bo stronię od tego ich pierdolenia więc w sumie poza 500+, różnicy zdań co do Kościoła, in vitro i decydowania o moim ciele, nie wiem co oni gadają. Z tym jednak na pewno się nie zgadzam.
I jest to moje zdanie, choć pewnie odmienne od wielu innych Polaków. Ale wciąż odmienne zdanie, a nie rzucanie inwektywami. A nigdy nie zapomnę jak jeden z wykładowców na studiach dziennikarskich powiedział nam: „Jeśli nazwiecie kogoś idiotą – może powiedzieć, że go obraziliście. Jeśli powiecie, że zachowuje się idiotycznie – po prostu oceniacie jego zachowanie, a to inna sprawa”.
Być może nazwiecie mnie ignorantką, antypatriotką czy jeszcze zdrajczynią narodu (to ostatnio bardzo popularne określenie osób apolitycznych), ale tak mam. Możecie to przyjąć do wiadomości i podążać ze mną dalej? Dziękuję. To lecimy...

Tak że to my, chcąc lub nie chcąc, finansujemy SPA ojca Rydzyka, miesięcznice smoleńskie, imprezy Misiewicza czy właśnie wspomniane 500+. Zapewne również to my jesteśmy tym „anonimowym sponsorem” wyskakującym z milionów na dofinansowanie filmu „Smoleńsk” czy serialu wysokich lotów „Korona królów”.
To przykre, że Telewizja Polska odwraca się dupą od tak wielkich inicjatyw jak WOŚP, bojkotuje i obraża, bo rząd ma na pieńku z jej głównym organizatorem i pomysłodawcą. I dziwne, że ktoś nie potrafi zrozumieć, że organizacja tak wielkich przedsięwzięć, drukowanie plakatów czy serduszek również wymaga pewnego nakładu finansowego, a osoby pracujące przy WOŚP, wykonują jednak pewną… pracę. Nie zmienia to jednak faktu, że od 26 lat szpitale zasila drogi i niezbędny sprzęt do ratowania (nie tylko) dzieci.
Mówiąc dwuznacznie, ale nie wulgarnie - ja daję państwu, a państwo mnie robi. I teraz z kolei nie nawiązuję już do żadnej partii, ale do naszego polskiego paradoksu. Który jest za PiS, był za PO (i jeszcze wcześniej) i pewnie będzie jeszcze za parę lat z kimkolwiek.


To nie jest tak, że chcę narzekać na Polskę. Boże broń. Kocham swój kraj. Ale na to jak jest rządzony, narzekam. A owszem. Na to jak rozporządzane są MOJE pieniądze, które na ten kraj przeznaczam, narzekam. A owszem. Na to, że jak przychodzi co do czego, to nie mam od państwa wsparcia.
Jesteś Polakiem (lub nie, ale mieszkasz tu, pracujesz i płacisz tu podatki). Uczciwie pracujesz. Trafiło się „na zastępstwo”. Rok.  Masz umowę o pracę i co miesiąc od Twojej wypłaty odejmowana jest spora kwota. Część tej odejmowanej kwoty to podatek dla państwa. Państwa w którym żyjesz i, jak widać, dla którego i na które pracujesz. Masz dobre serce. Chcesz, aby każdemu w tym kraju żyło się dobrze. Żeby każdy miał godne życie. I wcale nie przeszkadza Ci, że państwo pomaga ludziom ubogim. Wręcz przeciwnie. I sam też pomagasz. Ale... Kiedy Ty tej pomocy potrzebujesz to okazuje się, że nie możesz jej otrzymać, bo za mało zarabiasz. Lub, paradoksalnie, przekraczasz o małą sumę pieniędzy. Twoja pensja z poprzedniej pracy nie jest wystarczająca by otrzymać zasiłek w PUP, kiedy jesteś zmuszony się tam zarejestrować. Ponadto dodam (biorąc na tapet znane mi urzędy pracy), że tego typu placówki nie pomagają w żaden sposób w znalezieniu pracy. Jedynym plusem, który tutaj widzę po odmowie przyznania zasiłku, to ubezpieczenie zdrowotne, dzięki czemu możesz chociaż chodzić do lekarza na NFZ i nie płacić za pobyt w szpitalu. Pracy szukasz sam. Do urzędu wpadasz co trzy tygodnie tylko na dwie minutki (chyba że jest kolejka) po to by złożyć podpis. Podobno teraz nastała „era pracownika, nie pracodawcy” i znaleźć pracę jest łatwiej niż jeszcze niedawno, ale nadal nie jest chyba dobrze, skoro tylu młodych ludzi decyduje się jednak na wyjazd zagranicę, z dala od rodziny, często bez dobrej znajomości języka, tylko po to by godnie żyć. Ilość strajków, również pokazuje, że coś chyba w pewnych strukturach nie jest tak, jak powinno.
Mam znajomych, którzy twierdzą, że o pracę jest teraz łatwo, ale mam też takich którzy pracy szukają lub znaleźli ją po dłuższym czasie.
Mówi się, że być może młodzi ludzie są wybredni i w dupach im się poprzewracało. Na pewno jednak frustrujące jest to, że ktoś całe życie się uczy, potem idzie na studia, robi podyplomówki, pierdylion kursów, a dostaje pracę bardzo daleką od jakichkolwiek jego oczekiwań. Nie chodzi przecież o pracę dla samej pracy. Umów na zastępstwo, umów zleceń, umów o dzieło jest mnóstwo. Pracy poprzez różne agencje jest mnóstwo. Pracy, gdzie ktoś rzuca nam minimalną pensję jest mnóstwo. Tylko jeśli taki młody człowiek chce być naprawdę niezależny, mieszkać sam, często w większym mieście niż Pipidówek Środkowy, planuje założyć rodzinę itp. to nie ma co ukrywać, że zależy mu na umowie o pracę na czas nieokreślony, godnej pensji, dzięki której nie tylko zapłaci rachunki i kupi sobie szampon do włosów oraz chleb i kostkę masła (choć podrożało), ale też będzie miał szansę coś sobie odłożyć lub wyjechać na głupie wakacje (i wcale nie mówię o rejsie po Karaibach). Czy może taką pracę mieć? Jasne, że może. Ale nie jest to takie oczywiste i proste.
Nie czarujmy się – „po znajomości” osiągnąć można wiele. Ogłoszenie o pracę nawet nie poszło w eter. Choć często jest tak, że ogłoszenia i tak idą. Pro forma. Ale od początku wiadomo kto robotę dostanie. I jeśli jest taka możliwość to nie widzę w tym nic zdrożnego. Własnymi siłami też można. Ale jest trudniej.
Skoro ktoś nas poleca i ktoś nam ułatwia start to dlaczego nie skorzystać? Bo ludzie tak bardzo gardzą, że tyle osób załatwia coś „po znajomości”? Jeżeli nikogo tym nie krzywdzisz, nie widzę sensu, aby się tym przejmować. Ludzie lubią dużo gadać i wciskać nos w nie swoje sprawy, ale rachunków za Ciebie nie opłacą.
Pracowałam kiedyś w firmie, gdzie większość pracowników na najwyższych stanowiskach to byli członkowie rodziny prezesa. Kiedyś był wakat na fajne stanowisko. Córka prezesa przyprowadziła koleżankę. Rozmowa kwalifikacyjna wyglądała w ten sposób:
- „Tato, to jest właśnie (dajmy na to) Marysia”.
Dziewczyna dostała pracę. Ale widocznie jej potrzebowała. Jak tysiące innych młodych ludzi w kraju.
Twoje dzieci nie mogą zjeść darmowego obiadu w szkole, kiedy pracujesz do późna. Bo przekraczasz budżet o głupie 20 zł. Musisz ten obiad wykupić (tak, wiem, nie jest drogi, ale chodzi mi o sens). Kryminaliści w więzieniu mają lepsze posiłki niż te dzieci w szkołach albo matki po porodach (nie w każdym szpitalu oczywiście), co świetnie oddaje facebookowy fanpage „Posiłki w szpitalach” -> https://www.facebook.com/szpitalnyposilek/
Dla mnie wygląd jedzenia ma duże znaczenie – żołądek mi się po prostu zamyka na cztery spusty, kiedy coś wygląda jakby było już wcześniej strawione albo ma dziwny kolor i jeszcze dziwniejszy zapach. Pamiętam jak panie roznoszące obiady w szpitalu, w którym leżałam 4 lata temu, miały do mnie pretensje, że nie jadłam. Ano nie jadłam, bo wyglądało to obrzydliwie. I jeść nie będę. Kropka.

Tak że z jednej strony brakuje nam minimum do jakiegoś zasiłku, a z drugiej strony możemy o minimum przekroczyć jakiś próg.
Jeszcze jak człowiek jest sam to pół biedy. Gorzej jak ma dziecko albo i większą rodzinę na utrzymaniu. Albo kredyt.
W związku z tym, jeśli miałabym dzieci i przysługiwałoby mi 500+ to rzecz jasna korzystałabym z tego (o ile bym się załapała). I to że nie popieram PiS nie ma nic do rzeczy. Pieniądze te są odkładane w końcu także z moich podatków. I nieważne jaka partia wpadła na ten pomysł. I nieważne czy ten program popieram czy nie. Skoro oddaję państwu swoje pieniądze, to coś od tego państwa mi się należy. Jak psu buda.

Brzmi jakbym marudziła? Ok, to potraktujmy to jako kontynuację Blue Monday. Taki Blue Week. A co!

0 komentarze

Prześlij komentarz

1. Nie mam tu żadnych zabezpieczeń antyspamerskich dla wygody i szybkości komentowania więc proszę o nie spamowanie oraz nie zamieszczanie komentarzy nie na temat lub związanych z innym postem.
Nie reklamuj się w żaden sposób ponieważ to przynosi skutek odwrotny od zamierzonego.
Takie komentarze będą usuwane.
2. Każdy ma prawo do swojego zdania i wyrażania opinii, ale proszę to robić w kulturalny sposób.
3. Nie uznaję zasady „obserwowanie za obserwowanie” - obserwuję tylko te blogi, które mnie zaciekawią i do których chcę regularnie wracać. Nawet jeśli ktoś ma bloga na innym portalu niż blogger, a lubię go czytać to dodaję go do swojego czytnika.
4. Miej swoją tożsamość - nawet jeśli nie posiadasz bloga lubi innej strony a chcesz skomentować, podpisz się (imię, pseudonim, mail).
5. Na tym blogu nie jesteś anonimowy! Posiadam lokalizator IP z namiarem na dostawcę internetu z którym będę się kontaktowała w razie jakichkolwiek nadużyć.
6. Moderacja - tylko po to żebym nie przeoczyła żadnego komentarza, także pod starszymi postami.
Dziękuję za uwagę.