sobota, 6 stycznia 2018

78. Piła: Dziwactwo. Pardon... Dziedzictwo.



Tak, będą spoilery.
Nie, powyższe zdjęcie nie przedstawia twórców filmu po przeczytaniu popremierowych recenzji (a szkoda).
Kto przez te kilka lat zdążył poznać mnie jako blogera, ten wie, że jestem wielką fanką serii filmów „Piła”. O tym, co w nich widzę, pisałam TUTAJ. Są one jednymi z moich ulubionych, jak i ważnych filmów. Patrzę na nie nieco inaczej niż większość ludzi (Uwaga! Znam więcej takich jak ja!) i widzę w nich coś więcej niż otoczkę z krwi i flaków potrzebnych fabule.
W 2017 roku miała miejsce premiera kolejnego sequela. „Piła: Dziedzictwo” (bo taki jest polski tytuł) trafiła na ekrany kin akurat w momencie, kiedy spędzałam kilka dni w Krakowie. W związku z tym wybrałam się na seans do jednego z krakowskich kin. Przyznam, że obawiałam się tego filmu i nie mam na myśli strachu na horror (bo mnie to nie rusza), ale obawę o to jak został zrealizowany. Dlaczego się obawiałam i czy moje obawy były słuszne? O tym niżej.

Z jednej strony ucieszyłam się, że powstanie ósma część, a z drugiej lekko zaniepokoiłam. Nie wiedziałam do końca co twórcy wymyślą po tylu latach od premiery części siódmej (2010 rok). I niepokój ten utwierdzały różne plotki, które wyświetlały mi się na Filmwebie. Wiem, że większość mogła pomyśleć, że kolejny sequel jest zwykłym skokiem na kasę i kiedy czytałam te pogłoski, to też zaczęłam mieć takie myśli. A zakończenie siódmej części było otwarte i naprawdę można było dobrze pociągnąć temat. Wielu fanów „Piły” było ciekawych co dalej z Hoffmanem, kim było dwóch pomocników dra Gordona w świńskich maskach i wiele innych. Teorii było mnóstwo.
A pogłoski co do filmu były różne – od tych, że film będzie spin-offem i opowie całą historię Jigsawa (akceptowalne), po takie jak to, że ma być to remake pierwszej części (O zgrozo! Co sądzę o remake’ach: TUTAJ). Następnie mroziła informacja, że twórcami zostali ci, którzy wyprodukowali taki chłam jak czarna komedia „Pirania 3DD”, gdzie królowały płytkie żarty, silikonowe cycki i dupy. Sam trailer nie wywołał żadnego zaciekawienia.
Choć siódma część serii (ta z 2010 roku) stanowiła spójną całość z całą resztą, jej wykonanie pozostawiało wiele do życzenia. Na ekranie mogliśmy zobaczyć różową krew i „zwłoki” ani trochę ich nie przypominające, bo perfidnie widać było, że to manekiny, które jeszcze odbijały się od podłogi jak piłka kauczukowa. Choć film zarobił spore pieniądze, był jednak zmiażdżony przez krytykę i sama przyznam, że efekt końcowy był najgorszy ze wszystkich filmów z tej serii. Jednak trzeba przyznać, że, tak jak wspomniałam wyżej, zakończenie było otwarte. Jeszcze zaraz po premierze, w 2010 roku, widzowie podejrzewali, że powstanie kolejna część (pierwotny zamysł „Piły” był na 10 części). Byliśmy ciekawi co z Gordonem, Hoffmanem, dwoma świnkami-pomocnikami i tak dalej. Na forum „Piły” pojawiało się wiele spekulacji i teorii. Liczyłam na to, że ósma część będzie kontynuacja i wyjaśnieniem nurtujących kwestii. Niestety nie była.

Odebrałam ten film trochę tak jak „Omena IV”, czyli zrobienie osobnego filmu na legendzie, korzystając ze wzoru zaproponowanego w serii.
W najnowszej „Pile” mamy Jigsawa. Ok. I co dalej? Co poza tym? Bo poza wspomnieniem Jill Tuck (żony Jigsawa), zupełnie pominięte zostały kwestie związane z najważniejszymi bohaterami serii. Nie dowiedzieliśmy się kompletnie nic o Hoffmanie, który przez całą serię kontynuował „dzieło” Johna. Nie wiemy nic co dalej z dr Gordonem, który przecież pomagał Johnowi w ukryciu (genialne zaskoczenie na koniec części siódmej!). Nie wiemy kim byli tajemniczy pomocnicy Gordona. Nie pokazano żadnych urywków z poprzednich filmów, co miało miejsce w serii, poza retrospekcjami. Mało tego! Z najnowszego filmu wychodzi, że cała wyjaśniona krok po kroku historia, która swoje karty odkrywała aż przez siedem części, jest o kant dupy roztrzaskana, bo według „ósemki” to nie Cecil był pierwszą ofiarą. Co kompletnie nie trzymałoby się kupy, bo seria doskonale wyjaśniała dlaczego to właśnie Cecil był pierwszy, jak do tego doszło, jak „prymitywna” była jeszcze jego pułapka, w odróżnieniu od późniejszych, zaawansowanych, mechanizmów.
I nie trzyma się też kupy to, że od początku istniał zupełnie inny pomocnik, o którym nie wiedział nikt inny (ani Hoffman, ani Gordon, ani Amanda) i nikt nie wpadł na to, że takowy może istnieć. A co najgłupsze, pomocnik ten wziął się, bo Jigsawowi zrobiło się go… żal.
Tak jakby to wszystko było zupełnie innym filmem.

Gdybym miała podsumować, to film sam z siebie nie był jakiś zły. Taki tam horrorek, o fabule podobnej do większości slasherów. Ale to nie była „moja” „Piła”. To było coś, co zostało „Piłą” zainspirowane. I tyle. Być może zamysł na fabułę był inny, ale niewystarczający, skoro nie skusił pozostałych aktorów z serii do udziału w nim. Został tylko Tobin Bell. I choć dziwię się, że się zgodził (pieniądze?), to jednak tylko on ratuje film. Gdyby mieli zastąpić go jakimkolwiek innym aktorem… To po wyjściu z kina musiałabym zagrzebać się w tonie mułu, który pewnie z tego filmu by wylazł.
Plusem na pewno było usłyszeć przez kinowe nagłośnienie Charliego Clousera i jego „Hello Zepp” (wybaczam ten niezbyt udany remix), który po tylu latach oczekiwania na kontynuację ukochanej serii, sprawił, że miałam ciary na całym ciele.
Ale poza tym… moje pośladki nie drgnęły.

Zdjęcia: Grafika Google

1 komentarze

  1. Witaj znów!
    Pozwolę sobie pochwalić Twój styl pisania gdyż nieczęsto czytałem tak zamienity tekst nt. Serii Saw. Bardzo fajnie się Ciebie czyta masz fajny styl pisania taki wciągający czytelnika :)

    PS. Też patrzę na tą serię nieco inaczej niż inni ;) jestem jej wielkim fanem.

    OdpowiedzUsuń
1. Nie mam tu żadnych zabezpieczeń antyspamerskich dla wygody i szybkości komentowania więc proszę o nie spamowanie oraz nie zamieszczanie komentarzy nie na temat lub związanych z innym postem.
Nie reklamuj się w żaden sposób ponieważ to przynosi skutek odwrotny od zamierzonego.
Takie komentarze będą usuwane.
2. Każdy ma prawo do swojego zdania i wyrażania opinii, ale proszę to robić w kulturalny sposób.
3. Nie uznaję zasady „obserwowanie za obserwowanie” - obserwuję tylko te blogi, które mnie zaciekawią i do których chcę regularnie wracać. Nawet jeśli ktoś ma bloga na innym portalu niż blogger, a lubię go czytać to dodaję go do swojego czytnika.
4. Miej swoją tożsamość - nawet jeśli nie posiadasz bloga lubi innej strony a chcesz skomentować, podpisz się (imię, pseudonim, mail).
5. Na tym blogu nie jesteś anonimowy! Posiadam lokalizator IP z namiarem na dostawcę internetu z którym będę się kontaktowała w razie jakichkolwiek nadużyć.
6. Moderacja - tylko po to żebym nie przeoczyła żadnego komentarza, także pod starszymi postami.
Dziękuję za uwagę.