piątek, 23 lutego 2018

87. Krew za krew. Carrie, Carrie i... Carrie.

Choć widziałam chyba wszystkie filmy na podstawie powieści Stephena Kinga, ostatnio wpadają mi w ręce te „mniej popularne” adaptacje, jak na przykład wspomniany TUTAJ miniserial „Lśnienie” czy też telewizyjna wersja „Carrie” z 2002 roku, która pierwotnie miała być pilotem serialu.
Te bardziej popularne wersje to „Carrie” z 1976 roku z niezastąpioną Sissy Spacek w roli tytułowej oraz „Carrie” z 2013 roku w reżyserii Kimberly Peirce, autorki takiego hitu jak „Nie czas na łzy”.

Ciężko oglądało mi się wersję telewizyjną „Carrie”. Po prostu oglądając już trzeci raz tę samą historię, byłam znudzona. Nawet kiedy dzieliło to kilka(naście) lat.
Jak dla mnie, te trzy produkcje różni jedna bardzo istotna rzecz, którą jest zakończenie (każdy z nich ma inne) oraz mnóstwo mniejszych szczegółów, normalnych w trzech różnych filmach, które kręcone były w dość odległych od siebie czasach – efekty specjalne, aktorstwo, kostiumy, muzyka. Cała reszta nie jest zaskakująca.
Z góry też uprzedzę, że nie czytałam książki. I raczej tego nie zrobię, gdyż nie przepadam za powieściami epistolarnymi.
Porównam więc w tym poście wyłącznie filmy, bez dotykania książki.
Rzuciłam oczywiście okiem na Filmweb, choć oceny na tym portalu nie są dla mnie miarodajne. Pisałam o tym kiedyś, często oceniane są tam filmy czy aktorzy na zasadzie „Nie lubię Cię więc pobłogosławię Cię jedynką”.
W każdym razie oceny „Carrie” przedstawiają się na dzień dzisiejszy następująco:
„Carrie” (1976) – średnia 6,9
„Carrie” (2002) – średnia 6,0
„Carrie” (2013) – średnia 5,5
Nie dziwi mnie ten stan rzeczy, bo nie od dziś wiadomo, że te pierwsze filmy w zdecydowanej większości uważane są za lepsze niż jakiekolwiek remaki. Nawet jeżeli obraz ten powstałby w najbardziej prymitywnych dla kina czasach i nie ma super hiper mega wow wow wow efektów specjalnych, które mają urwać nam tyłek. Nie ma co się ponownie nad tym rozwodzić, już raz to zrobiłam TUTAJ. Także i w tym przypadku, uważam pierwszą „Carrie” za numer jeden na tym podium. Nie jednak do tego stopnia aby zrównać z ziemią pozostałe.
Ale o czym w ogóle są te filmy?

Carrie White to nieśmiała nastolatka wychowywana przez samotną matkę, fanatyczkę religijną. Dziewczyna jest wyśmiewana i poniżana w szkole. Prześladowcy nie mają zamiaru zaprzestać okrutnych żartów nawet podczas najważniejszego wieczoru jej życia. Niedawno odkryte przez Carrie zdolności telekinetyczne pozwolą zemścić się jej podczas balu maturalnego na szkolnych prześladowcach.

W pierwszej wersji mamy do czynienia z dobrą grą w wykonaniu młodych wówczas aktorów. Sissy Spacek była naprawdę świetna – przez cały film, a także w scenie słynnej furii. Niezbyt atrakcyjna, skulona, przestraszona, widocznie zastraszona, choć zdrowa młoda dziewczyna. Na balu, mimo że wyglądała bardzo ładnie, nadal jednak skromnie i wciąż widać w niej było pewną dozę nieśmiałości.
W wersji telewizyjnej, rola Carrie przypadła Angeli Bettis. I tutaj pojawiają się moje pierwsze obiekcje. W większości filmu Carrie nie wygląda na nieśmiałą, zastraszaną dziewczynę, a raczej, wybaczcie bezpośrednie i brutalne słowa, na ciężko upośledzoną. Wskazuje na to niemal każdy jej ruch czy zachowanie. W każdej normalnej szkole, zwróciłaby uwagę nauczycieli i została objęta nauczaniem specjalnym lub trafiłaby do placówki, do której uczęszczają młodzi ludzie wymagający specjalnych potrzeb w zakresie edukacji i opieki. Gdyby przefarbować jej włosy na czarno, oblać wodą i nałożyć prześcieradło, wyglądałaby jak Samara z „The Ring”.
Podczas balu dziewczyna zaskakująco szybko robi się pewna siebie i potrafi nawet odpyskować. Wygląda też bardzo atrakcyjnie i nagle zaczyna normalnie chodzić, choć wcześniej była „kulawą Carrie” z jedną nogą dziwnie wykrzywioną.
Peirce zdecydowała się powierzyć główną rolę w swoim filmie młodziutkiej Chloë Grace Moretz (Mroczne cienie, Kick-Ass). I choć dobrego aktorstwa nie można jej odmówić, swoim wyglądem daleko jej było do Carrie. Bohaterka wyróżnia się urodą. Ciężko rozmawiać o gustach, bo te są różne, ale w mojej opinii była ładniejsza od niejednej dokuczającej jej dziewczyny. Chloë, zarówno poza planem jak i w filmie, jest śliczną dziewczyną i zapewne w amerykańskim liceum z taką buzią wiodłaby prym wśród szkolnych piękności.
W tym filmie została mocno wyeksponowana jej „inność”, zachowanie. Reżyserka nie zdecydowała się na oszpecenie lub chociaż trochę przedstawienie Moretz jako brzydkiej i nieatrakcyjnej nastolatki. A co to za dobra rola jeśli odpowiednio się dla niej nie poświęci? - powiedziałyby zapewne aktorki Charlize Theron (Monster) czy Anne Hathaway (Les Miserables. Nędznicy), które za swoje poświęcenie otrzymały upragnionego Oscara.
Moretz odegrała rolę przestraszonej, poniżonej nastolatki i to wyszło jej dobrze, choć irytowała w większości tym samym wyrazem twarzy. Zaobserwowałam to jednak również w innych jej filmach więc to po prostu jej aktorska maniera. Mimo wszystko, odegranie przez nią Carrie było dla mnie lepsze od tego, co zaprezentowała Bettis w 2002 roku, ponieważ wyglądała jak najnormalniejsza dziewczyna, która zmaga się z przemocą w szkole i niezbyt ogarniętą matką.
Podium Carrie:
1 – Sissy Spacek (1976)
2 – Chloë Grace Moretz (2013)
3 – Angela Bettis (2002)


Jak już wspomniałam na wstępie, Sissy Spacek w roli Carrie była niezastąpiona i całokształtem tej postaci zdobyła pierwsze miejsce na moim podium za tę rolę. W najnowszej wersji gra Moretz była, krótko mówiąc, słaba. Do czasu. Kulminacyjna scena zemsty wyszła młodej aktorce rewelacyjnie. I choć przez większość filmu grała z jednym wyrazem twarzy, pokusiłabym się na stwierdzenie, że w tej scenie niemal pobiła samą Sissy Spacek. Nagle z dziewczątka przesuwającego się z otwartą buzią po ekranie, wyszły z niej prawdziwe emocje. Aż sama się dziwię, że to piszę, ale efekty specjalne zrobiły tutaj naprawdę „dobrą robotę”. Dałabym jej nawet pierwsze miejsce, gdyby nie to, że Moretz po pewnym czasie zaczęła męczyć widza poruszając się jak paralityk i strzelając naprawdę dziwne miny.


Nie mniej jednak, jej furia była naprawdę przekonująca. Może głównie przez to, że dzięki tym minom, jej twarz wyrażała jakiekolwiek emocje. Carrie w wykonaniu Spacek charakteryzowała się szeroko otwartymi oczami. Natomiast Moretz można nazwać demoniczną pod względem ruchów czy właśnie mimiki. Spacek wyprzedza ją tylko dzięki temu, że nie przerysowała ona swojej postaci w tym ważnym momencie filmu.
Furia Bettis również wyszła całkiem przyzwoicie, chociaż zastanawiałam się momentami czy na pewno wylano na nią świńską krew, czy był to może zafarbowany gips. Przez cały atak w szkole stała dokładnie w tej samej pozycji, bez ruchu. Nawet nie wiem czy gałki oczne jej się poruszyły. Odetchnęłam z ulgą kiedy w końcu się ruszyła. Nadal wyglądała jak po wyjściu z gipsowej kąpieli, w dodatku z połkniętym kijem, który skutecznie ją usztywnił, jednak cała furia nawet do mnie przemówiła.
Wydaje mi się, że każda z tych trzech furii miała w sobie „to coś” i odpowiedni klimat, jednak skoro już porównuję tutaj bohaterki, muszę to zrobić i tym razem. Choć Bettis uplasowała się na trzecim miejscu, nie uważam jej furii za nieudaną. Po prostu ktoś musiał mieć trzecie miejsce, a jej sztywność przez całą furię, ją tam zepchnęła.
Podium furii:
1 – Sissy Spacek (1976)
2 - Chloë Grace Moretz (2013)
3 - Angela Bettis (2002)


Nie mogłabym porównać tych trzech filmów, bez omówienia jednej z najważniejszych ról drugoplanowych. A jest nią postać Margaret White – matki Carrie.
W każdym przypadku, rola została odegrana przez naprawdę dobre aktorki. A dwie z nich lubię szczególnie. Są nimi Julianne Moore („Carrie” 2013) oraz Patricia Clarkson („Carrie” 2002).
W wersji z 1976 roku role tę odegrała Piper Laurie, która spisała się bardzo przekonująco, przerażająco, psychopatycznie. Stworzyła świetny duet z Sissy Spacek.
Duży plus najnowszemu filmowi wystawia wykreowana przez oscarową aktorkę Julianne Moore postać matki Carrie. Jak dla mnie, jest to najlepsza postać z tego filmu, a także najlepsza Margaret biorąc pod uwagę wszystkie trzy filmy. Pscholka i fanatyczka. Choć wiem, że Carrie miała być dla niej karą za wszystkie grzechy, to jednak bardzo podobało mi się w tej wersji filmu, że gdzieś jednak widziałam w niej emocje MATKI. Gdzieś w niej one walczyły i był to dla mnie dość ciekawy element.
Patricia Clarkson była nieco inną Margaret. Fanatyczną, zimną, ale jednak bardziej opanowaną. Lubię tę aktorkę, zagrała dobrze, aczkolwiek inaczej i to chyba mi jakoś nie podpasowało. A na pewno nie w porównaniu do Moore i Laurie.
Podium Margaret White:

1 – Julianne Moore („Carrie” 2013)
2 – Piper Laurie („Carrie” 1976)
3 – Patricia Clakrson („Carrie” 2002)


Czas na pozostałe role. I mam tutaj na myśli postacie nauczycielki, Sue, Chris, Tommy’ego Rossa czy Billy’ego Nolana.
Dobrą rolą mogą pochwalić się ich odtwórcy z 1976 roku. W Billy’ego Nolana wcielił się John Travolta, który zaczął być po tym filmie zauważany w kręgu aktorskim.
W 2002 roku role „skapnęły się” aktorom, którzy nawet w miarę rozkręcili swoje kariery. Chris zagrała Emilie de Ravin, znana z serialu „Zagubieni”, zaś rola Tiny przypadła Katharine Isabelle, którą dość często można spotkać na ekranach, choć nie są to może spektakularne role. To samo dotyczy Kandyse McClure (Sue). W tej wersji filmu, młodzież niesamowicie mnie drażniła. Z jednej strony było to dobre odegranie swoich bohaterów, bo Emilie de Ravin świetnie wywiązała się z roli Chris – była wredna, nie wzbudzała sympatii i chciało się jej przywalić. I większość tych bohaterów tej sympatii nie wzbudzała – a o to przecież chodziło. Z drugiej strony drażnili mnie przez dziwną manierę w graniu oraz zbytnie przerysowanie postaci. Tommy był psycholem level hard, Sue – która była nastolatką bez żadnych przestępstw na koncie – zgrywała się w czasie przesłuchania zamiast robić pod siebie ze strachu (to nic, że wcześniej zginął jej chłopak i przyjaciele – to niiiiiic, pocwaniakuję jak Sharon Stone), a Katherine Isabelle miałam ochotę trzepnąć w tę wiecznie otwartą paszczę, jakby jej idolką była Sasha Grey.
W 2013 roku reżyserka postawiła w swoim filmie na młodych aktorów, znanych głównie z młodzieżowych filmów - Portia Doubleday (Chris), Gabriella Wilde (Sue) czy Ansel Elgort (Tommy). Młodzież typowo „wredna współcześnie”. Dobrze odegrana rola Chris i Tommy’ego. Poza tym ani mnie grzali, ani ziębili.
Podium bohaterów drugoplanowych:
1 - „Carrie” (1976)
2 - „Carrie” (2002)
3 - „Carrie” (2013)

Czas na najlepszą, ale i najtrudniejszą kategorię w ocenie filmów – całościową oprawkę.
W tym przypadku jest to dość trudne ze względu na lata w których powstawały filmy, a także ich budżet. Wiadomo, ze w 2013 roku efekty specjalne będą bardziej spektakularne niż w 1976, a i budżet na pewno znacznie wyższy. 2002 rok to nie są jakieś odległe czasy, jednak 11 lat różnicy to dość sporo zważywszy na rozwój technologii. Nie można też zapomnieć o tym, że wersja z 2002 roku jest produkcją typowo telewizyjną, która nie otrzymała raczej budżetu „Gry o Tron”, a ten jednak swoje robi.
Jak wspomniałam na początku posta, wszystkie filmy mają niemal identyczną fabułę, zakończoną innym finałem. Wiadomo też, że nie czytając wcześniej książki, porównuję tylko i wyłącznie filmy. Pierwsza „Carrie” miała najtrudniej, gdyż była pierwsza. Następcy jej twórców, mogą w ten sposób eliminować w kolejnych filmach pewne niedociągnięcia i zwracać uwagę na to, co mogło nie podobać się widzom. Bez wątpienia jednak bycie pierwszą, dało jej przewagę w postaci tytułu „pierwowzoru”, a tym samym następne filmy i następni aktorzy są porównywani do niej, a nie ona do nich. Te „pierwowzory” zapadają w naszych głowach, stając się klasykami i często trudno je zastąpić, o czym pisałam w poście o remake’ach. Ten film wysuwa się na pierwszy plan już pod względem tego, że jest klasykiem, a nie odgrzewanym kotletem. Że to on przetarł szlaki jego remake’om. To trochę tak jak z „Lśnieniem” – choćby nie wiem jak bardzo King nie akceptował obrazu Kubricka i choćby nie wiem jak bardzo zbliżoną wersję do swojej książki przerzuciłby na ekrany, to tak czy siak jest to twór przynależący do filmu a nie do literatury i będzie nazwany remake’iem. A to dlatego, że produkcje powstałe na bazie literatury dzielą się na dwie kategorie – ekranizacje i adaptacje. I albo będziemy tutaj elastyczni i zrozumiemy, że książka to książka a film to film, albo będziemy się na siłę domagać przekalkowania kartek na klisze.
Abstrahując już od tego, że wersja z 1976 roku jest klasykiem, wygrała też dla mnie w aktorskim pojedynku biorąc pod uwagę całokształt. Ponieważ historie są niemal identyczne, z mniejszymi różnicami w poszczególnych scenach i większą, jaką jest zakończenie, dodam też, że to zakończenie zdecydowanie również najbardziej podobało mi się w tzw. „pierwowzorze”.
W wersji z 2002 roku, poza minusami, które opisałam wyżej, nie podobały mi się również płytkie żarty rodem ze słabych filmów dla nastolatek.
Muzyka w filmie ma potęgować emocje, nadawać klimat i jest jednym z najważniejszym dla mnie elementów filmowej oprawki. W tym przypadku emocje były jak w grze „Hugo”. Taka sobie muzyczka, która równie dobrze mogłaby lecieć w „Klanie”.
Na pewno twórcy zarówno wersji z 2002 jak i 2013 roku, postawili na swoją współczesność. Stroje, fryzury, rekwizyty, muzyka z balu – to wszystko przynależało do roku w którym powstał film. Stawianie na współczesność bardzo zmienia postać rzeczy i w wielu aspektach oddala wspomniane remaki od pierwowzoru. Zupełnie inna technologia używana przez bohaterów, moda, zasady panujące w oświacie, obyczaje. Czasy w których zostaje osadzona historia ma duży wpływ na zrozumienie niektórych spraw. Czasem osadzenie akcji, pierwotnie dziejącej się czterdzieści lat wcześniej, w dzisiejszych czasach, działa na niekorzyść, a czasem świetnie wpasowuje się we współczesne problemy.
Wersja z 2013 roku jest najbardziej współczesna i wpasowuje się w klimat nie tylko przemocy fizycznej i psychicznej w szkole, ale też cyberprzemocy. Przykładem na to jest bardzo istotna scena (zresztą dla każdego z tych filmów) w której Carrie dostaje swój pierwszy okres pod prysznicem po WF-ie, wpada w histerię, a koleżanki z klasy nie tylko śmieją się z niej i rzucają tamponami, ale też uwieczniają całe wydarzenie swoimi smartfonami. Nagranie zostaje wykorzystane by jeszcze bardziej upokorzyć dziewczynę. Smartfonów i YouTube'a nie było w latach 70 więc dzięki temu elementowi, cała przemoc dotykająca niewinnej nastolatki jest jeszcze bardziej spotęgowana.
O dziwo, plusem filmu są niewątpliwie efekty specjalne. Tak jak nie jestem zwolenniczką efektów specjalnych i nowoczesnych technologii, i filmy mogłyby się dla mnie bez nich obyć, tak tutaj są one bardzo przydatne i dobrze wykorzystane do ukazania mocy Carrie, jaką jest telekineza.


Zawiodą się Ci, którzy włączą któryś z tych filmów z myślą o przerażającym horrorze. „Carrie” nie wzbudza strachu i nie powoduje, iż zasłaniamy ręką oczy. To film trzymający w napięciu i mający swój klimat. I MOIM zdaniem, ten klimat najlepiej oddaje pierwsza wersja. Zależy w jakich klimatach ktoś woli się obracać.
Mój werdykt końcowy:
1 – „Carrie” (1976)
2 – „Carrie” (2013)
3 – „Carrie” (2002)

0 komentarze

Prześlij komentarz

1. Nie mam tu żadnych zabezpieczeń antyspamerskich dla wygody i szybkości komentowania więc proszę o nie spamowanie oraz nie zamieszczanie komentarzy nie na temat lub związanych z innym postem.
Nie reklamuj się w żaden sposób ponieważ to przynosi skutek odwrotny od zamierzonego.
Takie komentarze będą usuwane.
2. Każdy ma prawo do swojego zdania i wyrażania opinii, ale proszę to robić w kulturalny sposób.
3. Nie uznaję zasady „obserwowanie za obserwowanie” - obserwuję tylko te blogi, które mnie zaciekawią i do których chcę regularnie wracać. Nawet jeśli ktoś ma bloga na innym portalu niż blogger, a lubię go czytać to dodaję go do swojego czytnika.
4. Miej swoją tożsamość - nawet jeśli nie posiadasz bloga lubi innej strony a chcesz skomentować, podpisz się (imię, pseudonim, mail).
5. Na tym blogu nie jesteś anonimowy! Posiadam lokalizator IP z namiarem na dostawcę internetu z którym będę się kontaktowała w razie jakichkolwiek nadużyć.
6. Moderacja - tylko po to żebym nie przeoczyła żadnego komentarza, także pod starszymi postami.
Dziękuję za uwagę.