niedziela, 11 marca 2018

90. 500 dni miłości - dlaczego jest moim ulubionym filmem o miłości?

Często dostaję pytania o to, jaki film lubię najbardziej. I zawsze ciężko jest mi na to odpowiedzieć, gdyż filmów takich mam dużo i zazwyczaj mają one dla mnie jakieś znaczenie. Kiedy dostawałam pytanie, jaki film o miłości lubię najbardziej, jako antyfanka komedii romantycznych i łzawych historii rodem ze „Szkoły uczuć”, miałam spory problem z jego określeniem. Dopiero kiedy obejrzałam 500 dni miłości (a było to chyba w 2010 roku), potrafię na pewno jasno odpowiedzieć – tak, to jest mój ulubiony film o miłości. Dlaczego? 

Ze względu na pewien „wolontariat”, który od kilku lat mam okazję uprawiać, poznałam wiele kobiet, które nie radzą sobie z rozstaniem oraz żyją z bardzo fikcyjnym obrazem miłości i związku. Kiedy pisałam lub rozmawiałam z nimi, widziałam obraz miłości ukształtowany na wzór bajeczek Disneya, Harlequinów czy powieści typu „50 twarzy Greya”, kiedy to niepozorna dziewczynka/księżniczka poznaje księcia z bajki, milionera czy innego Herkulesa od którego kobiece humorki odbijają się jak piłeczka od rakiety Radwańskiej.
W większości są to kobiety, ale mężczyźni również i także miałam okazję takich poznać. Wchodząc w związek, te osoby nie radzą sobie później z tym, że ta druga osoba jest tylko człowiekiem – też ma gorsze dni, limit cierpliwości co do humorków i od czasu do czasu złapie je sraczka. Roszczeniowe podejście, wygórowane oczekiwania, zamknięcie się na jakiś ideał czy poszukiwania „oszlifowanego diamentu”, nie patrzenie na drugą osobę jako człowieka z krwi i kości oraz przede wszystkim na samego siebie i na to co my również możemy dać i jacy jesteśmy, sprawia, że często te związki nie mają przyszłości i boleśnie się rozpadają. Bardzo często takie osoby po rozstaniu nie potrafią normalnie przejść tej „pozwiązkowej żałoby”, ale wciąż kopią pod sobą ten dołek i obwiniają się za wszystko, ponownie idealizując byłego partnera. I nie potrafią wziąć się w garść, zacząć żyć, pokochać siebie i uwierzyć w miłość. Normalną. Zwykłą. Pełną codzienności. Dalej szukają tego ideału albo latami (tak, LATAMI!) wzdychają za exem. Czasem zdarza się tak, że spotykają się z kimś, kto od początku informuje, że nie szuka związku, nie chce się angażować, ale starają się to wymazać z pamięci albo mówić sobie, że „JA TO ZMIENIĘ!”.
Czasem zdarza się, że mają przeczucia, jakieś przebłyski intuicji, że coś tu jest nie halo, ale ignorują to. Czasem ta druga połówka jest zwyczajnym dupkiem (albo „dupką”), ale i tak rozpaczają i obwiniają siebie, zamiast postawić dobre wino osobie, która wzięła na siebie nowy związek z tym człowiekiem.
Niestety, później boleśnie uderzają tyłkiem o ziemię.


- Nigdy nie rozstałeś się z dziewczyną?
- To nie to samo...
- Dlaczego?
- Chodzi o Summer.
- Jesteś fajnym facetem, poznasz inną. Jak to mówią "tego kwiatu jest pół światu".
- Nieprawda! Kłamią! Nie chcę o niej zapomnieć. Tylko ją odzyskać.

„500 dni miłości” to film inny niż wszystkie, które do tej pory miałam okazję widzieć.
Nie jest komedią romantyczną, która według oklepanego schematu (poznają się -> zakochują -> kłócą -> godzą -> happy end) zawsze kończy się tak samo. Nie jest też pełną uniesień historią o nadczłowieku, który swym idealnym spojrzeniem obdarza niezbyt atrakcyjnego i koślawego Kopciuszka. Nie jest łzawą opowieścią, którą oglądamy z paczką chusteczek i kończymy wyciem wniebogłosy z myślą „Och, jaka ich miłość była piękna!”.
To historia jakich wiele, która NAPRAWDĘ często zdarza się w życiu. Taka, która spotyka różnych ludzi, która nie zawsze ma happy end, z którą trzeba się pogodzić i wyciągnąć wnioski. Ukazuje właśnie tę wiarę w miłość idealną, następnie ślepe zakochanie mimo otrzymania na początku związku jasnego komunikatu, cierpienie po tym rozstaniu, wyjście z dołka i zmianę postrzegania. Na końcu nie ma klasycznego happy endu, ale zakończenie otwarte, które pokazuje nam, że na końcu Lata świat się nie kończy. Bo przychodzi Jesień. I to od nas zależy co zrobimy, to my jesteśmy kowalami swojego losu, od których on zależy. Pokazuje nam, że nic nie dzieje się przez przypadek. Ale tak czy siak wszystko zależy od nas.
Imiona „Summer” i „Autumn” mają też wymiar symboliczny i pokazują, że naturalną koleją rzeczy jest zmiana. Że co roku przyroda budzi się do życia, a my jesteśmy częścią tej przyrody. Że wszystko przemija, ale też powstaje nowe (świetnie pokazują to obrazki pokazujące ilość dni z uczuciem do Summer).
I choć wiadomo, że nie każdy musi przez to przechodzić (choć sądzę, że rozczarowania sercowe przechodził niemal każdy z nas), to jednak jest to dość często pojawiający się scenariusz życia. I zdecydowanie wolę to niż mdłe komedie romantyczne, romansidła czy jakieś Greye.

„To opowieść o chłopaku i dziewczynie. Chłopak, Tom Hansen z New Jersey, żył w przekonaniu, że nie zazna szczęścia dopóki nie spotka tej jedynej. Na taką postawę miały wpływ smutne ballady pop oraz błędna interpretacja filmu „Absolwent”. Dziewczyna, Summer Finn z Michigan, nie podzielała tego przekonania. Odkąd rozpadło się małżeństwo jej rodziców, podobały jej się tylko dwie rzeczy: własne, ciemne, długie włosy oraz to że może je nagle ściąć. Bez żalu”.

„500 dni miłości” (w oryginale – „(500) Days of Summer”) to historia Toma i Summer widziana głównie z perspektywy Toma. W filmie znajdują się wtrącenia narratora. I te wtrącenia uwielbiam, mają w sobie pewien sens, który dostrzegam. A to, jak wspomniałam, jest dla mnie w filmach ważne. Nie będzie spoilerem, jeśli napiszę, że Tom i Summer się rozstają – wiadomo to od początku. Tytułowe 500 dni, to czas w którym Summer była obecna w życiu Toma – od poznania, poprzez relacje i następnie bycie w jego głowie i marzeniach, kiedy cierpiał po porzuceniu a także kiedy dzięki rozstaniu zmienił swoje życie. Kończy się w momencie kiedy Tom stoi przed wyborem rozpoczęcia swojego życia na nowo i możliwością nowego związku. Bez przypadków. Bez cudów. Z idealną spójnością.

„Tom uświadomił sobie, że nie można przypisywać zwykłym rzeczom wielkiego znaczenia. Zbieg okoliczności. To wszystko. Zwykły zbieg okoliczności. Tom przyjął do wiadomości, że cudów nie ma, nie istnieje przeznaczenie. Nic nie jest nikomu pisane. Teraz był tego pewien. Był… Prawie pewien”.

I to zakończenie kocham. Najidealniejsze zakończenie jakie mogło być w filmie o miłości. Bo jest to film o miłości.
Tom zakochał się w Summer, mimo że dziewczyna jasno dała mu do zrozumienia, że nie chce związku. I tak fajnie się bawili – w dom w Ikei, we wspólne zakupy i chodzenia do knajp, w fajny seks. Jednak Summer nigdy nie traktowała Toma jako swojego faceta. On niestety traktował ją jako swoją kobietę. Kobietę idealną. Zignorował wszelkie ostrzeżenia i znaki, które Summer jasno ma dawała. I choć można nie cierpieć Summer, bo przecież Tom, jako bohater na którym skupiona jest główna akcja, jest nam bliższy, żałujemy go i rozumiemy jego ból, to jednak nie możemy mieć jej za złe tego co się stało. Nie możemy dać się wpędzić w kozi róg jak zrobił to zakochany bohater. Bo przecież Summer była z nim szczera od początku. To on zdecydował się wejść w tę relację i to on żył w iluzji, że coś może się tu zmienić.
Jest na to kilka scen. Pierwsza pojawia się na pracowniczym karaoke, gdzie Tom i Summer mają okazję po raz pierwszy spędzić ze sobą trochę czasu. Summer w rozmowie z Tomem i jego przyjacielem wyjaśnia, że nie wierzy w miłość, nie chce związku i dobrze czuje się jako singielka. Następnie wymowna rozmowa po karaoke, kiedy wsadzają do taksówki pijanego przyjaciela.
Po raz kolejny ustalają warunki przyjaźni podczas wizyty w Ikei, zanim doszło między nimi do kontaktów seksualnych.
Tom unikał rozmowy wprost, ujawnienia swoich uczuć i zapytania czy w tych kwestiach coś zmieniło się u Summer. To złudzenie dawało mu fałszywe poczucie bezpieczeństwa, było pewnego rodzaju strefą komfortu.

„Boisz się, że odpowie nie tak, jak chciałeś, że zniszczy twoje złudzenia o wyjątkowości ostatnich miesięcy”.

Nie możemy mieć też za złe Summer tego, że na końcu wyszła za mąż (za innego). Nie możemy mieć jej za złe tego, że nie pokochała Toma. Tak samo jak nie możemy mieć za złe tego, że ktoś nie pokocha nas, ale może pokochać kogoś innego.
Choć kino i literatura często kreuje nam w głowach obraz miłości jako rażenia piorunem i zapewne takie się zdarzają, należy pamiętać, że mimo wszystko jest to kwestia wyboru. A życie to nie jest zabawa w dom w Ikei. Przez cały film tom żyje nadzieją i stara się odpowiedzieć na pytanie co poszło nie tak. Nic nie poszło nie tak. Po prostu Summer nie chciała tego co on, a on naiwnie i świadomie to zaakceptował. Poza tym najzwyczajniej na świecie nie czuła przy nim „tego czegoś”.
I to jest cały sekret.


Dlatego staram się uświadamiać dziewczynom ze wspomnianego wolontariatu, że nie jest z nimi nic „nie tak”. Po prostu nie były osobami przy których Ci ludzie czuli, że „to jest to”. Ale gdzieś na świecie na pewno taka osoba jest. Dlatego należy zamknąć pewne rozdziały, zająć się sobą i po prostu żyć. Bo miłość lubi zaskakiwać. Wierzę, że każdy człowiek jest dla nas doświadczeniem, nauczycielem, a czasem i darem. Jeśli jednak jest doświadczeniem i nauczycielem to czego? Summer była dla Toma kopniakiem, by wreszcie się ogarnął. Skończył architekturę i lubił to, a jednak utknął w firmie produkującej kartki z życzeniami. Było mu tam fajnie, ale nie była to praca jego marzeń. Gdyby nie związek z Summer, nie wziąłby się za siebie, nie zacząłby się szkolić, nie trafiłby na rozmowę kwalifikacyjną podczas której poznał Autumn. I owszem, Tom i Summer się rozstali. Ale żaden film o miłości nie dawał takiej nadziei i wiary jak 500 dni miłości.

Film jest świetny pod względem obsady. Bardzo dobrze zagrane role, ciekawie przedstawione postacie. Uwielbiam to jak Zooey Deschanel odegrała postać Summer – była słodka, niewinna, dziewczęca, stylowa. Uwielbiam zakończenie, które jest dla mnie kluczowe, znaczące i poruszające. Uwielbiam przekaz płynący z filmu. Świetne zdjęcia, kadry, przejścia między scenami.
Dodam, że kocham też piosenki z filmu! To jedyny film z którego KAŻDY utwór znajduje się na mojej trackliście. Szczególne uznanie mają tutaj:
Regina Spektor - Hero (klik!)
Regina Spektor - Us (klik!)

The Temper Trap - Sweet Disposition (klik!)
Mumm-ra - She's Got You High (klik!)

Cały soundtrack - (klik!)


Polecam także post: 25 powodów, dla których „500 dni miłości” jest najlepszym filmem o miłości z bloga Kulturalnie po godzinach

0 komentarze

Prześlij komentarz

1. Nie mam tu żadnych zabezpieczeń antyspamerskich dla wygody i szybkości komentowania więc proszę o nie spamowanie oraz nie zamieszczanie komentarzy nie na temat lub związanych z innym postem.
Nie reklamuj się w żaden sposób ponieważ to przynosi skutek odwrotny od zamierzonego.
Takie komentarze będą usuwane.
2. Każdy ma prawo do swojego zdania i wyrażania opinii, ale proszę to robić w kulturalny sposób.
3. Nie uznaję zasady „obserwowanie za obserwowanie” - obserwuję tylko te blogi, które mnie zaciekawią i do których chcę regularnie wracać. Nawet jeśli ktoś ma bloga na innym portalu niż blogger, a lubię go czytać to dodaję go do swojego czytnika.
4. Miej swoją tożsamość - nawet jeśli nie posiadasz bloga lubi innej strony a chcesz skomentować, podpisz się (imię, pseudonim, mail).
5. Na tym blogu nie jesteś anonimowy! Posiadam lokalizator IP z namiarem na dostawcę internetu z którym będę się kontaktowała w razie jakichkolwiek nadużyć.
6. Moderacja - tylko po to żebym nie przeoczyła żadnego komentarza, także pod starszymi postami.
Dziękuję za uwagę.