poniedziałek, 9 kwietnia 2018

93. Najgorsze polskie filmy z ostatnich kilku lat (które widziałam)

5 kwietnia zostały rozdane „Węże”, czyli polskie antynagrody filmowe (taki nasz odpowiednik „Złotych Malin”). Staram się unikać szmir, choć jako osoba lubiąca oceniać na podstawie własnych doświadczeń, czasem sięgam po produkcje z niezbyt pochlebnymi opiniami (albo sięgam po nie zanim dostaną niepochlebne opinie). Film może być dobry lub zły, średni lub kiepski, ale nie ma co ukrywać, że polska kinematografia nie cieszy się od dłuższego czasu dobrą passą. Zdarzają się naprawdę świetne produkcje, takie jak np. Bogowie, Wołyń czy Najlepszy (i inne), ale częściej polskie kino spotyka się raczej z krytyką. Z przykrością wystawiam niskie noty polskim filmom, ale niestety, kiedy na więcej nie zasługują, jest to właściwa czynność.
Z okazji wręczenia „Węży”, postanowiłam sporządzić spis najgorszych filmów z ostatnich kilku lat, które miałam okazje widzieć. Oczywiście nie widziałam wszystkich polskich produkcji więc wybrałam spośród tych obejrzanych. Kolejność nie ma w tym przypadku znaczenia. I podkreślam, że to ranking całkowicie subiektywny.

 

Kac Wawa

Na fali popularności amerykańskiej produkcji Kac Vegas, postanowiono nakręcić polski odpowiednik. Potencjał był dobry. Jakby ktoś przyłożył się do scenariusza i tekstów, to można było zrobić z tego przyzwoitą komedię. I wcale nie potrzebna byłaby do tego goła klata Bradleya Coopera.
No ale… nie wyszło. Beznadziejna fabuła, żenujące, niesmaczne i nieśmieszne „żarty”. Bezsensowna historia, jakby ktoś bardzo śpieszył się aby wykorzystać pomysł na polski odpowiednik „Kaca”. Na kilka minut wrzucili tam nawet Karolaka, który akurat w tym czasie zaczął być bardzo popularny we wszelkiej maści polskich komediach. Nie wiem po co to było, nic nie wniósł do tego filmu, pokręcił się z dwie minuty udając Włocha i zniknął z ekranu. Festiwal żenady trwał dalej.
Rozumiem, że gusta są różne i że każdy ma inne poczucie humoru. Ale litości, nie obrażajcie inteligencji widza. Może symulacja seksu na poduszce wraz z wydawaniem dziwnym odgłosów rozśmieszy przeciętnego gimbazjalistę, ale to chyba nie był film dla tej grupy wiekowej.

 

Dżej Dżej

Film zbliżony tematycznie do znakomitego melodramatu Ona z 2013 roku. Zwrot „zbliżony tematycznie” oznacza w tym przypadku, że podobnie jak we wspomnianym filmie, główny bohater nawiązuje a’la miłosną relację z urządzeniem mówiącym kobiecym głosem (w przypadku polskiego filmu był to GPS, w przypadku amerykańskiego – system operacyjny). Tyle że polski film miał być (jak zwykle) arcyzabawną komedią. No cóż, to nie wyszło. Tę produkcję najlepiej oddają jedne z pierwszych zdań, które w niej padają:
„Jestem tu po to aby Cię zgnoić, o ile takie łajno idzie jeszcze zgnoić”.
Wiem, że nie powinnam w ogóle porównywać filmu Ona do Dżej Dżeja, ale te porównania aż same cisną się na usta. W filmie Ona mamy piękną scenę miłosną między bohaterem a „Samanthą”, która mimo tego że bohaterka właściwie nie istniała, była bardzo zmysłowa, ciekawie i pięknie zrealizowana. Co mamy w Dżej Dżeju? Obleśną masturbację Szyca w samochodzie na niemieckiej autostradzie (i w kilku innych miejscach).
Oglądając Szyca najpierw w Kac Wawa, potem w Dżej Dżeju, zaczęłam się zastanawiać czy aktor nie ma przypadkiem jakichś problemów finansowych, bo to aż niemożliwe żeby ktoś, kto zdobył popularność i tak świetnie poradził sobie w Oficerze, godził się teraz na role w takich gównach.
Muzyka do tego filmu brzmi dokładnie tak: „Ajajajajajajajajaj” w biesiadnych rytmach – i nie, nie przesadzam.
Chciałabym skrytykować poziom żartów w tej „komedii”, ale nie zauważyłam tam nawet żartów. Dialogi płytkie, żenujące, nieśmieszne. Fabuła beznadziejna, nudna, bez żadnego sensu. Choć produkcje Dżej Dżeja z filmem Ona nieco się zazębiały, o tym drugim było jednak głośno jeszcze w postprodukcji więc nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pomysł na Dżej Dżeja był ewidentnie zaczerpnięty z tego właśnie filmu. Wyszło niestety dno, wodorosty i muł do jądra ziemi.

 

PolandJa

Nie jestem fanką polskich komedii i przyznam, że nie chodzę na nie do kina. Jeżeli się na którąś skuszę to albo kiedy emitowana jest w telewizji albo kiedy można ją obejrzeć z innych źródeł. Wynika to z tego, że poziom polskich komedii mnie nie zadowala. Kiedy więc szumnie reklamowano PolandJę, zostałam niewzruszona, ale bardzo chciałam ten film obejrzeć, kiedy będzie już dostępny na DVD. A to dlatego, iż bardzo lubię Jakuba Gierszała, którego uważam za jednego z lepszych aktorów młodego pokolenia. I muszę przyznać, z całą sympatią do Kuby, że cieszę się, iż nie wydałam pieniędzy na bilet do kina.
Film może nie był żenujący i obleśny jak wspomniane wcześniej „komedie”: Kaca Wawa i Dżej Dżej, ale niestety tworem jest całkowicie nieudanym. Nie mam pojęcia co chodziło twórcom po głowie, ale PolandJa jest całkowicie bez pomysłu. Totalny misz-masz, gdzie wrzucono co się dało. Być może jest tam kilka scen, przy których można się uśmiechnąć, ale na pewno nie zaśmiać. Filmowi daleko jest do komedii, która tak bardzo miała porwać (Dżizas, który raz z kolei?!). Raczej dostrzegałam tam smutne aspekty – czy to pracy w korpo, czy to w postrzeganiu imigrantów przez wiele osób, czy to pędu w wielkim mieście, czy też szarej rzeczywistości i głupich przepisów, które nas otaczają w życiu codziennym. W ogóle cały ten film, mimo kolorowego plakatu, wydaje mi się szarym, ponurym, smutnym obrazem. Przynudza, kompletnie nie wciąga i nie ma większego sensu.
Ponadto muszę dodać, że PolandJa była w tym roku nominowana do wspomnianych we wstępie „Węży” i to aż w siedmiu kategoriach, a w niektórych z nich kilkakrotnie. Poza kategorią „Najgorszy film”, nominację za rolę w PolandJi otrzymał też Janusz Chabior, w kategorii „Występ poniżej godności”, co jest dość ciekawą nominacją, z którą niestety się zgadzam. Uważam Janusza Chabiora za świetnego aktora i tak jak nie dziwię się, że Szyc gra role w tego typu produkcjach (nota bene Szyca też tam zobaczymy i też był do „Węży” nominowany”), to jednak pan Chabior jest aktorem z wyższej półki, którego role bardzo przypadają mi do gustu, a PolandJa była chyba jakąś pomyłką.

 

Smoleńsk

Ten film to prawdziwa katastrofa. A właściwie dwie – jedna filmowa, druga smoleńska. Choć ta druga została przedstawiona w filmie jako zamach. Poprzysięgłam sobie jednak, że nie będę poruszać tego tematu – jak wiadomo polskie społeczeństwo jest podzielone w kwestii tego co wydarzyło się tego dnia. Z szacunku do cudzych poglądów oraz pamięci ofiar, które zginęły w wypadku, skupię się więc tylko i wyłącznie na wykonaniu tegoż filmu.
A to wykonanie jest po prostu złe. I piszę to jako kinomanka. Nawet gdybym kochała partię rządzącą miłością bezgraniczną oraz zgadzała się co do historii przedstawionej w fabule, nie zmienia to faktu, że film jest zrobiony po prostu źle. Drewniane aktorsko, płytkie, żenujące dialogi, kiepskie efekty. Wymieniać można i wymieniać. Najbardziej rzuciła mi się jednak w oczy przetragiczna rola Beaty Fido wcielającej się w dziennikarkę prowadzącą sprawę katastrofy.
W internecie można wyczytać przypuszczenia na podstawie jakich dostała ona rolę. Myślę jednak, że pierwsza-lepsza osoba z ulicznej łapanki zagrałaby tę postać lepiej. Kobieta przez cały film ma jeden wyraz twarzy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo często wielu aktorom się to zdarza. Jednakże biorąc pod uwagę, że film opowiada o ogromnej katastrofie, śmierci kilkudziesięciu najważniejszych osób w państwie, nie wypada chyba grać z wiecznie uśmiechniętym pyskiem.
Nieważne czy bohaterka żartowała sobie ze swoim ekranowym partnerem, rozmawiała ze znajomymi w pracy czy przeprowadzała wywiad z rodzinami tragicznie zmarłych – na jej twarzy nieustannie gościł dziwny uśmiech a w głosie pobrzmiewała lekkość i beztroska. Jej aktorstwo nie było tylko drewniane i żenujące, ale też szokowało. Więcej ekspresji i talentu widać u „aktorów” z paradokumentów typu Trudne sprawy.
Naprawdę nie rozumiem jak można spieprzyć film, mając do dyspozycji pieniądze „nie wiadomo skąd” od „anonimowego sponsora”.
A zakończenie jest tak pretensjonalne, że aż w domowym zaciszu zrobiło mi się zwyczajnie wstyd widząc coś takiego.
Wiem, że wielu ludzi może oceniać Smoleńsk pod kątem politycznym i nawet ze złośliwości oceniać ten film nisko i recenzować go negatywnie, ale spójrzmy prawdzie w oczy – to jest po prostu fatalna produkcja.

 

Szatan kazał tańczyć

We wpisie dotyczącym SNL Polska, dodałam ich parodię zwiastuna filmowego, który idealnie podkreślał wady polskich produkcji oraz to, jak często tłumaczony jest negatywny odbiór filmów, m.in. że film jest zbyt ambitny by przeciętny widz mógł go obejrzeć. Czasem odnoszę wrażenie, że wielu twórców celowo przesadza i próbuje dodać jakiegoś wyszukanego artyzmu swoim produkcjom. Tak właśnie odbieram najnowszy film Kasi Rosłaniec, Szatan kazał tańczyć.
Reżyserka w swoich produkcjach skupia się na ukazywaniu młodych ludzi oraz współczesnych problemów z nimi związanych. Zasłynęła już swoją etiudą Galerianki, z której następnie zrobiła pełnometrażowy film. Choć nie było to wielce ambitne kino, na pewno było spójnym, ciekawym obrazem, poruszającym ważne tematy. Następnie pojawił się film Bejbi Blues, który również na swój sposób mi się podobał. Z ciekawością obejrzałam Szatan kazał tańczyć i tutaj natomiast się zawiodłam. Daleko mu do ukrytych przesłań i wielkiego artyzmu, bo tego to ja mogę się doszukiwać np. w Opętaniu Andrzeja Żuławskiego. W Szatanie… mamy natomiast przerost formy nad treścią, pomieszanie z poplątaniem, zbędne wstawki w postaci fragmentów powieści głównej bohaterki (?), które nic nie wnoszą i nużą podczas seansu. Fabuła jest bardzo chaotyczna i nudna. Zakończenie zapewne miało być otwarte i dające do myślenia, a było zwyczajnie urwane, niedokończone bez żadnego sensu. Wydaje mi się, że film na siłę miał być artystyczny, nowatorski, głośny.
Wydaje mi się, że Kasia Rosłaniec ma dobre pomysły, tylko niezbyt dobrze je przedstawia. I nie chodzi tutaj o to, że widz jest głupi i nie rozumie artyzmu wielkiego dzieła. To są po prostu nieprzemyślane, nudne i fatalnie zrobione produkcje. Gdyby reżyserka nieco zmieniła kierunek i zrobiła prosty film, bez zbędnych udziwnień i pchania się w nieudaną nowatorskość, mógłby wyjść z tego całkiem dobry obraz. Niestety Szatan kazał tańczyć jest dla mnie jednym z przerysowanych, nudnych i bezsensownych filmów, jakie miałam ostatnio okazję widzieć.

 

Ciacho i Last Minute

O tym filmie wspomniałam przy okazji posta porównującego Kobiety mafii i Pitbulla: Ostatniego psa (tu!). Patryk Vega ma w zwyczaju robić ogromny szum wokół swoich filmów i promować ich dużymi, obiecującymi słowami, ale te zapewnienia niestety się nie sprawdzają. Tak jak Vega sprawdza się jeszcze w kinie sensacyjnym, gangsterskim, tak niestety z komediami mu nie po drodze i udowodniły to obie jego komedie: Ciacho i Last Minute. Ciacho już na plakatach miało hasła, że czeka nas „wreszcie prawdziwa komedia!”, co niestety boleśnie zweryfikowało się po premierze. Żarty były zerżnięte żywcem z internetu, fabuła kompletnie bezsensowna i totalnie żenująca, oderwana od rzeczywistości, robiona na siłę.
I tak jak nie byłam zaskoczona, że w filmie wystąpili Karolak czy Liszowska, tak ze zdziwieniem oglądałam na ekranie „popisy” Małaszyńskiego tarzającego się w psim gównie. Jeśli to miał być przełom w polskiej komedii to wygląda na to, że nie mam poczucia humoru.
Następnie było Last Minute – kolejna słaba komedia Vegi, którą oglądałam z zażenowaniem. Pomysł może i był dobry, ale wykonanie słabe. A najwięcej żenady odczułam przy końcu, kiedy bohaterka grana przez Klaudię Halejcio dała popis muzyczny. Oczywiście piosenki nie śpiewała Halejcio – cała piosenka była wklejona. Wyszło to jednak bardzo sztucznie i za każdym razem jak widzę tę scenę, odczuwam mieszaninę rozbawienia i żenady.

Jeśli chodzi o współczesną polską kinematografię, zauważyłam, że widzowie najbardziej krytykują komedie. Ten gatunek w ciągu ostatnich kilkunastu (a może i więcej) lat bardzo się zepsuł. Kiedyś polskie komedie były mistrzowskie i mam tutaj na myśli między innymi: Samych swoich, Kogel-mogel, Misia, Seksmisje, Wyjście awaryjne, Poszukiwany, poszukiwana, czy też komedię sensacyjną Lekarstwo na miłość, którą uwielbiam, oraz wiele, wiele innych.
Tegorocznym zwycięzcą „Weży” okazał się film Botoks Patryka Vegi. Jeśli zaś chodzi o moją opinię, nie był on dla mnie aż tak zły jak wspomniane wyżej produkcje. Najbardziej przeszkadzało mi namnożenie wielu wątków, w których widz mógł się już później pogubić, oraz teksty, które w swoim zwyczaju Vega zżyna z internetu. Niektórych zrażać może też nadmiar wulgaryzmów, które w filmie są traktowane jak przecinki. Niemniej jednak, trochę inaczej patrzę na ten film ze względu na to, że uzupełniłam sobie wiele wątków oglądając serial, którzy był jego uzupełnieniem. Wiem, że powinnam ocenić film jako osobny twór, ale w tym przypadku nie mogę tego zrobić.
Sporo batów zebrały też od internautów takie produkcje jak Bitwa pod Wiedniem, Zerwany kłos, Wyjazd integracyjny czy też druga część Wkręconych. Nie widziałam tych filmów więc nie mogę się o nich wypowiedzieć. Ale patrząc na opinie, nie mogę napisać, że niestety ich nie widziałam. Jakoś nie żałuję i na razie mi się na to nie zbiera.

A Wy jakie polskie filmy uważacie za prawdziwe pomyłki?

0 komentarze

Prześlij komentarz

1. Nie mam tu żadnych zabezpieczeń antyspamerskich dla wygody i szybkości komentowania więc proszę o nie spamowanie oraz nie zamieszczanie komentarzy nie na temat lub związanych z innym postem.
Nie reklamuj się w żaden sposób ponieważ to przynosi skutek odwrotny od zamierzonego.
Takie komentarze będą usuwane.
2. Każdy ma prawo do swojego zdania i wyrażania opinii, ale proszę to robić w kulturalny sposób.
3. Nie uznaję zasady „obserwowanie za obserwowanie” - obserwuję tylko te blogi, które mnie zaciekawią i do których chcę regularnie wracać. Nawet jeśli ktoś ma bloga na innym portalu niż blogger, a lubię go czytać to dodaję go do swojego czytnika.
4. Miej swoją tożsamość - nawet jeśli nie posiadasz bloga lubi innej strony a chcesz skomentować, podpisz się (imię, pseudonim, mail).
5. Na tym blogu nie jesteś anonimowy! Posiadam lokalizator IP z namiarem na dostawcę internetu z którym będę się kontaktowała w razie jakichkolwiek nadużyć.
6. Moderacja - tylko po to żebym nie przeoczyła żadnego komentarza, także pod starszymi postami.
Dziękuję za uwagę.